Nazywam się Czesław Życzko mam 82 lata, mieszkam w miasteczku Czaplinek, przy ulicy Drahimskiej 12, powiat Drawsko – pomorskie, woj. Zachodniopomorskie. Urodziłem się w 1921 r. w kolonii Kisielówka, gm. Kisielin, powiat Horochów, woj. Wołyńskie. Mój tato Władysław Życzko był Polakiem, mama Rozalia z domu Wrońska, także była Polką i pochodziła ze wsi Markowicze na Wołyniu. Rodzina taty wywodzi się z Zamojszczyzny, a mamy od pokoleń z Wołynia. Tato urodził się już na Wołyniu bowiem mój dziadek Franciszek, był pracownikiem leśnym, u bogatego kupca Szapira, z pochodzenia Żyda. Dziadek razem z babcią Apolonią zamieszkali we wsi Przygłówka, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński i tam wychowywali swoje dzieci. Gdy hrabia Ledóchowski począł parcelować swoje majątki, w tym także ziemię w Kisielówce, mój tata Władysław i mama Rozalia wspólnie kupili ziemię, pod swój nowy dom. I tak to rozpoczyna się historia dziejów naszej rodziny, w tej właściwie polskiej kolonii. Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w kościele w Swojczowie, jeszcze kiedy posługiwał w naszej parafii ks. Kurowski. Moim ojcem chrzestnym był Polak z naszej kolonii Kisielówka o nazwisku Kosak. Bardzo go lubiłem bowiem był człowiekiem dobrym i pracowitym, a jako bliski przyjaciel rodziców często bywał w naszym domu. Po jakimś czasie rozpoczął gospodarzyć w okolicach polskiej kolonii Elizabetpol. Niestety wdał się w spór z miejscowym dziedzicem ziemskim. I kiedy razu pewnego, na polu kosił zboże, nadjechał ów dziedzic i zarządził, aby Kosak zaniechał swojej pracy.

Nie wiem do końca, jak to było, ale prawdopodobnie dziedzic sprowokował Kosaka, który rzucił się na niego z kosą. Wszystko skończyło się dla niego tragicznie, bo mój ojciec chrzestny, został tam wtedy zastrzelony. Sprawa ta była głośna w naszej okolicy, a ja sam dowiedziałem się o niej, od moich rodziców. Żona Kosaka ostatecznie otrzymała tę ziemię i już jako wdowa, gospodarzyła na niej, wraz ze swymi obiema córkami, w tym z Adelą. Nie wiem, co się z nimi stało, podczas wojny, czy zdołali przeżyć, ten straszny czas. Moją matką chrzestną była Polka z kolonii Jadwigów o nazwisku Cygar, była najlepszą koleżanką mojej mamy. Ona i jej rodzina przeżyli czas ludobójstwa i wyjechali do Polski, gdzie osiedli ostatecznie we wsi Dębina, koło Kłodawy w Poznańskiem. Do kościoła naszego było około 3 km, udawaliśmy się tam w każdą niedzielę, całą naszą rodziną, najczęściej furmanką, a na kilka lat przed wojną, mieliśmy już nawet swoją bryczkę. Pamiętam, że nasz kościół był bardzo duży, murowany i piękny, a w Ołtarzu głównym znajdował się łaskami słynący Obraz Matki Bożej  Śnieżnej. Lubiłem się tam bardzo modlić, tym bardziej, że na miejscu tym, już przed wojną ludzie doświadczali wielu cudów, a nawet uzdrowień. Matka Boża zwykle była przesłonięta innym obrazem, ale dziś już nie pamiętam, jaka tematyka była na tym wizerunku uwieczniona. Gdy rozpoczynała się msza święta, odzywały się dzwoneczki i to był sygnał dla mnie i innych wiernych, że mamy uklęknąć i rozpocząć pieśń na powitanie naszej Królowej. Już po chwili mogliśmy podziwiać piękne lica Królowej ze Swojczowa. Do dziś pamiętam, że po lewej stronie Obrazu, znajdowały się liczne wota, w tym liczne różańce i większe i mniejsze. A sam wizerunek otoczony był kwiatami w kolorze złotym, rzeźbione były, bądź malowane i były niejako ozdobą. W kościele po lewej stronie znajdowała się ambona, z której ks. Franciszek Jaworski wygłaszał swoje piękne kazania. Mówił zawsze donośnie i dość wyraźnie, dlatego chętnie go słuchano. Często chodziłem na nasz kościelny chór, gdyż podobało mi się, jak nasi chórzyści śpiewali i nawet sam niekiedy śpiewałem z nimi. Nie należałem jednak do samego chóru, gdyż z mojego domu, było trochę za daleko chodzić na pruby. Chór który prowadził nasz organista, składał się z około 15 osób w średnim wieku i był damsko – męski, wydaje mi się, że w tej grupie, był także Polak Kazimierz Rynkiewicz. W Swojczowie przeżyłem wiele pięknych uroczystości religijnych i patriotycznych, najbardziej jednak zapamiętałem Odpusty, których było dwa. Pierwszy wypadał 15 sierpnia na Matki Bożej Wniebowziętej, ten trwał tylko jeden dzień, drugi przypadał 08 września, w dzień Narodzenia NMP. Ten drugi Odpust był szczególnie uroczysty i twał prawie trzy dni. W naszej świątyni gromadzili się w tych dniach wierni z całej naszej dużej parafii, a piesze pielgrzymki przychodziły, nawet z oddalonych miast i miejscowości. Dla przykładu osobiście widziałem „Kompanie” idące traktem z miasteczka Łokacze. Pielgrzymowano zwykle pieszo, choć pamiętam i takie grupy, które przybywały konno, a ponieważ wszyscy konni mieli jednakowe, białe, płócienne przybranie, robili niesamowite wrażenie. Ten obraz mocno zapisał się w mojej pamięci, tak mocno, że niekiedy wyciska żywe łzy radości, po dziś nawet dzień. Inne Kompanie przybywały z Kisielina, Oździutycz, z Włodzimierza Wołyńskiego, z czeskiego Kupiczowa, a także z wielu innych miejscowości. Z kolei w Łokaczach Odpust, był na św. Antoniego z Padwy 13 czerwca i bywałem tam osobiście, z całą rodziną wiele razy. Ponieważ byłem dzieckiem chorowitym, moja mama Rozalia, wiele razy zabierała mnie z tatem na Odpust, aż do Horodła nad Bugiem, gdzie znajdował się Ołtarz św. Jacka, słynący z licznych uzdrowień. Jeździliśmy tam naszą furmanką, poza tym rodzice zabierali nas także na Odpusty, nawet do tak oddalonego Beresteczka. Lubiliśmy pielgrzymować i lubiliśmy modlitwę. W naszym domu, kiedy to było tylko możliwe, wspólnie klękaliśmy do modlitwy, a szczególnie wieczorem na koniec dnia. Moja mama choć nie umiała czytać bowiem jako sierota nie miała pieniędzy na kształcenie, jednak potrafiła pięknie tańczyć i śpiewać, szczególnie pieśni religijne. Telenty te nie skrywała, ale potrafiła się dzielić nimi z innymi, tak że do naszego domu przychodziło wielu chętnych, by posłuchać i uczyć się od niej, także dobrze śpiewać.

NASZA PARAFIA ŻYŁA EUCHARYSTIĄ

Ksiądz Franciszek Jaworski po objęciu parafii w Swojczowie zrezygnował z części gospodarstwa, które pozostawił proboszcz Kurowski. Za uzyskane środki rozbudował zadaszenie dla pielgrzymów. Przy Kościele stała też duża i piękna Kaplica, w której podczas Rezurekcji, czy też podczas wrześniowego Odpustu, kiedy to gromadziły się wielkie tłumy, również odprawiano nabożeństwa. Kaplica znajdowała się po lewej stronie świątyni, była murowana, pomalowana na biało, a w środku znajdował się piękny Obraz święty. Msza w kaplicy pomyślana była, z myślą  o wiernych, stojących przy kościele i w parku, który obejmował niemal 0.5 ha, rosły tam przeważnie lipy. Fronton kaplicy nie był zabudowany, a jedynie wsparty dwoma filarami. Odpust wrześniowy, to było zawsze wielkie wydarzenie nie tylko religijne, ale także ważne spotkanie rodzinne. Już na 07 września do naszego domu zjeżdżała się duża nasza rodzina z Zaturzyc, z kolonii Markowicze, z Wólki Sadowskiej oraz Wólki Szelwowskiej. W kolonii Markowicze urodziła się moja mama Rozalia, około roku 1905. Wszyscy przybyli goście nocowali u nas, a wczesnym rankiem szykowali się na uroczystą sumę Odpustową. Po zakończonych uroczystościach wracaliśmy do domu razem i rodzice podejmowali obiadem naszych gości. Było bardzo radośnie, dużo śmiechu, wspomnienia, nowiny, a przy tym wszystkim pieśni, przeważnie religijne. Ja w tym czasie najczęściej pozostawałem przy stole z dorosłymi bowiem żywo interesowałem się wszystkim, co się właśnie dzieje w naszej okolicy oraz tym, co pochłaniało uwagę mojej rodziny. W dniu Odpustu rozkładało się ze swoimi straganami wielu przeróżnych handlarzy, a furmanki zostawiano na pobliskiej łące proboszcza. Przy kościele tworzył się w tych dniach, jeden wielki jarmark, a można tam było kupić naprawdę wszystko, czego tylko dusza pragnęła, przeważnie pamiątki i dewocjonalia, ale nie tylko. Interes kręcił się dobrze, także dzięki ustnej tradycji, że jak na Odpuście, to już trzeba coś kupić i w kościele zaraz poświęcić, tak by do domu z pustymi rękoma nie wracać. Najwięcej radości miały oczywiście dzieci i młodzież, które jak zwykle opychały się słodyczami i namawiając rodziców na przeróżne zabawki. Przy kościele można było spotkać rozśpiewanych kataryniarzy, pamiętam nawet kręcącą się karuzelę. Ciekawostką był syberyjski wilk, którego można było oglądać za jedyne 10 groszy. Jednego razu więc skusiłem się i zapłaciłem, by zobaczyć tego wilka z Syberii i rozczarowałem się bowiem moim oczom ukazało się zwykłe duże psisko, które żarło kość, zupełnie jak na moim podwórku. Niestety proszących o jałmużnę, też nie brakowało i najczęściej można ich było spotkać na schodach, prowadzących do naszej świątyni. Moja pierwsza Komunia Święta odbyła się w naszym kościele w Swojczowie, było tego dnia pięknie i słonecznie. Pamiętam, że miałem granatowe ubranko, jak wszyscy chłopcy, natomiast dziewczynki, były przebrane na biało. Było nas dużo dzieci, może nawet dwadzieścioro oraz nasze rodziny. Msza święta była bardzo piękna, przyjąłem po raz pierwszy Pana Jezusa do serca i czułem się bardzo szczęśliwy, jakby bardziej duży, choć jeszcze nie dorosły. Po nabożeństwie wróciliśmy furmankami do domu, a tam było małe rodzinne przyjęcie. Upłynęło kilka lat i zostałem włączony w misję kościoła Chrystusowego, w pełnym tego słowa znaczeniu, przyjmując sakrament Bierzmowania z rąk księdza biskupa. Razem ze mną do sakramentu przystąpiło, wielu moich kolegów i koleżanek z mojej klasy szkolnej. Ciekawostką jest to, że wspólnym świadkiem, dla nas wszystkich, był pan Jackowski z kolonii polskiej Apanowszczyzna, jako przedstawiciel grona rodzicielskiego. To również była piękna uroczystość, podczas której przyjąłem imię Wacław. Jak już wspominałem, moja rodzina należała do grona tych, które pobożnie przeżywały swoją wiarę, dlatego dziś mam bardzo bogate wspomnienia religijne. A ponieważ nie sposób opisać wszystkich świąt, skupię się tylko na tych najważniejszych, takich jak: Boże Narodzenie, Zmartwychwstanie Pańskie, Zielone Świątki, Niedziela Palmowa, Trzech Króli, czy Boże Ciało. Pamiętam dla przykładu, że przed świętem Zesłania Ducha Świętego nasza mama pięknie ubierała, stroiła mieszkanie różnymi brzozowymi gałązkami oraz ścieliła nasze podwórze i chodniki prowadzące do domu tatarakiem. Kilka takich gałązek zostawiało się zwykle także w kuchni bowiem tatarak wydzielał specyficzny, niezwykle miły i delikatny zapach. W naszych stronach był to zwyczaj niezwykle popularny, osobiście chodziłem na stawy w naszej okolicy, zbierałem i przynosiłem tatarak do domu. Poza tym zbieraliśmy z mamą i braćmi ziele na łąkach, które razem z owocami święciło się potem w swojczowskim kościele. Była to tradycja praktykowana przez wszystkich Polaków w naszej parafii. Z kolei na Boże Ciało robiliśmy z mamą wianuszki z kwiatów i ziół takich jak: rozchodnik, rumianek i wiele innych jakich na Wołyniu nie brakuje. Po poświęceniu zawieszało się je w domu i tak zasuszone, pozostawały na czas choroby. Gdy ktoś zachorował mama spalała zioło, według swego zwyczaju i przykładała do chorych naszych ciał, muszę dziś wyznać, że czasami nam to pomagało. Dużo by jeszcze można pisać, jednak najpiękniejsza była procesja wokół kościoła. Zawsze na Boże Ciało, wraz z całym kościołem po mszy świętej, chodziłem raz albo trzy razy, dookoła świątyni. Tego dnia w procesji niesiono sztandary, święte figury i obrazy, małe dziewczynki wdzięcznie sypały kwiatki, z tłumu wyróżniała się Akcja Katolicka, młode dziewczyny zawsze ubrane w białe bluzeczki.

ŚWIADECTWO SZKOLNE I ŻOŁNIERSKIE POWOŁANIE

 W Swojczowie Akcja Katolicka rozwinęła się do dość dużych rozmiarów, należało do niej wiele osób, przeważnie dorosłych, choć także pokaźna liczba starszej młodzieży. Jest mi wiadomo, że mieli swoją świetlicę, która znajdowała się w budynku, tuż obok poczty. Bywałem tam nie raz z przyjaciółmi, gdy Akcja Katolicka miała właśnie swoje spotkania organizacyjne. Pamiętam, że na te spotkania przychodziło wiele osób, rozmawiano i dyskutowano na przeróżne tematy, śpiewano pieśni religijne. Sam jednak nie zapisałem się do Akcji bowiem, już byłem zaangażowany w działalność szkoleniową i patriotyczną w organizacji Przysposobienie Wojskowe „Strzelce” oraz Obrony Narodowej. Organizacja ta miała swoją siedzibę we wsi Tumin w naszej szkole, a zaprzyjaźniona śwetlica znajdowała się w kolonii polskiej oddalonej tylko 2 km w Ledachowie. Mieściła się w domu Polaków państwa Pochnalskich. Komendantem naszej organizacji wojskowej „Strzelce” był polak Bolesław Ferenc, który pochodził z naszej kolonii Kisielówka. Do organizacji wstąpiłem w klasie szóstej szkoły powszechnej, ponieważ miałem dobry przykład starszych moich kolegów ze szkoły, z których prawie wszyscy należeli do tej organizacji. Jeżeli ktoś nie należał, to był zazwyczaj jakiś lewus, jakiś nieudacznik. Poza tym ważną rolę odegrali nasi nauczyciele, w tym Nowak i Skrzypczak, którzy byli oficerami Wojska Polskiego w stopniu podporuczników w stanie rezerwy. Tak oto nauczanie w naszej szkole łączyli z patriotycznym i wojskowym zarazem, wychowaniem naszego pokolenia, za co do dziś jestem im głęboko wdzięczny. Myślę, że właśnie tamte doświadczenia uratowały mi, nie raz życie w późniejszym etapie życia partyzanckiego. Jednak najpoważniejszy udział w kształtowaniu mojej osobowości, cnoty zaradności i męstwa miał mój tata Władysław. Jako były Legionista, służył pod rozkazami samego marszałka Józefa Piłsudskiego, jako członek elitarnej organizacji polskiej „Krakusy” był dla mnie wzorem i wyzwaniem, aby go naśladować. Imponowało mi, że tata ma swojego konia bojowego i kultywuje najlepsze tradycje żołnierza polskiego. Do dziś pamiętam piękny mundur z czerwonymi lampasami, który ojciec przywdziewał na wszystkie większe uroczystości patriotyczne. Szczególnie mocno wyryły się w mojej pamięci obchody narodowego Święta 3 Maja oraz 11 Listopada. W tych dniach w Swojczowie organizowane były uroczystości patriotyczne, ale ja i moja rodzina uczestniczyliśmy w podobnych obchodach organizowanych w szkole w Tuminie. W Święto narodowe 3 Maja na naszej scenie szkolnej, były deklamowane przez dzieci wiersze, poświęcone pamięci uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz jej twórcom. I ja także wiele razy występowałem  na scenie, poza tym przygotowywaliśmy jako uczniowie różne przedstawienia. Byliśmy oglądani z wielkim zainteresowaniem nie tylko przez nauczycieli, rodziców, przychodzili by nas zobaczyć, nawet mieszkańcy Tumina i najbliższych okolic. A z jednym przedstawieniem, to jeździliśmy nawet, do innych miasteczek i zarabialiśmy drobne pieniążki. Ja też byłem w tej grupie i miałem na sobie przebranie górala, który przy ognisku śpiewał, wraz z innymi góralami tak: „Czerwony pas, za pasem broń

 i topór co błyszczy z dala

 wesoła myśl, wspaniała dłoń

 to strój to życie górala

tańczą pruto, czeremuszo

Hucułom przygrywa, a wesoła

 Kołomyjka do tańca przygrywa

 Dla Hucuła nie ma życia jak na

Połoninie, gdy go losy w doły

 Rzucą wnet z tęsknoty ginie.”

Była też uroczysta Akademia, po której w naszej szkole urządzano zabawę taneczną, wszyscy się wesoło bawili, ja też umiałem tańczyć bowiem i tańca uczono w naszej szkole. Nauczycielami grupy tanecznej byli Ci sami, znani już Nowak i Skrzypczak. Podobny przebieg miały uroczystości, z okazji odzyskania niepodległości przez Polskę, organizowane 11 listopada każdego roku. Przy czym program przygotowywany był, już z myślą wywalczenia suwerenności. Była także w Tuminie skromna defilada, w której brała udział nasza szkoła, organizacje społeczne, po której organizowano różne zawody sprawnościowe. Ja najbardziej lubiłem strzelać do celu z broni i biegać krótkie dystanse. Nie raz wygrywałem różne nagrody, a nawet za I miejsce w strzelaniu z karabinku do tarczy z 50 m. otrzymałem zegarek OMEGO. Byłem tego dnia bardzo z siebie dumny. Jest mi wiadomo, że podobne uroczystości, choć w większym wymiarze, miały miejsce w Swojczowie. Ponieważ Swojczów to był już inny powiat, nasze powiązania ograniczały się tylko do większych uroczystości religijnych, przy naszej wspólnej parafii. Dla przykładu nasz pluton zawsze, brał udział w uroczystościach Zmartwychwstania Pańskiego. Podczas Rezurekcji, za zgodą księdza proboszcza, gdy tylko zaintonował pieśń: „Wesoły dziś dzień nam nastał....” – paliliśmy z lufy! Podczas mszy świętej staliśmy w szeregu, po dwóch bądź czterech, byliśmy także obecni podczas procesji wokół świątyni. Trzeba przyznać, że wzbudzaliśmy żywe zainteresowanie wśród dzieci i młodzieży i właściwie, o to w tym momencie właśnie chodziło. W sobotę rano, gdy rodzice mieli pełne ręce roboty, ja i moi koledzy i koleżanki szliśmy z koszyczkami święcić pokarmy wielkanocne. W tamtych czasach była u nas żywa tradycja, że pokarmy mięsne można było spożywać dopiero po Rezurekcji. Zatem niekiedy wracając do domu, skubnęliśmy nieco ukradkiem tej kiełbaski bowiem, tak niezwyczajnie mieniła się nam w oczach. Po niedzielnych uroczystościach w kościele, zaraz wracaliśmy do domu i zasiadaliśmy do wspólnego stołu. Zazwyczaj jako pierwszy życzenia składał tata, potem już my wszyscy życzyliśmy sobie wszystkiego, co najlepsze, a przede wszystkim Bożego błogosławieństwa. Tradycyjnie na początek należało spróbować potraw poświęconych. Poniedziałek Wielkanocny to był dzień na który czekałem cały rok i skoro tylko się obudziłem, zaraz biegłem do naszej studni, gdzie stała już woda przygotowana poprzedniego dnia. Marny los tego, którego dopadłem pierwszego, ale największą radość mieliśmy z kolegami z podlewania panienek na naszej kolonii. Z kolei świętami na które czekałem cały rok, były święta Bożego Narodzenia. Na kilka dni przed, tata przynosił z lasu choinkę, którą pięknie ubieraliśmy na dzień przed świętami. Lubiłem robić różne ozdoby choinkowe, dla przykładu gwiazdki, figurki, także pająki, były w naszych stronach bardzo popularne, na tamten czas nikt nie znał jeszcze ozdobnych bombek. W Wigilię tata robił snopek zboża „Króla” i stawiał go w koncie mieszkania, gdzie stał stół wigilijny. Potem w kłosy zboża składało się poświęcony przez ks. Franciszka opłatek wigilijny. Wieczorem była już tradycyjna, polska i rozśpiewana wigilia, szczególnie dużo śpiewało się kolęd z „Kantyczki” – gruba książeczka z religijną pieśnią. A na Pasterkę do Swojczowa to jechała cała nasza rodzina. W naszych stronach było dużo kolędników, chodzili z gwiazdą, królem Herodem, była z nimi śmierć, diabeł rogaty, koniecznie Anioł i Żyda też mieli zwykle ze sobą. Takie grupy zachodziły do naszych chat, śpiewały kolędy i dawały małe przedstawienia o narodzeniu Pana Jezusa. Ja też chodziłem kolędować i to nawet często, przebierałem się zwykle za króla Heroda, a bywało że grałem Żyda. Potraw na stole musiało być tradycyjnie dwanaście, w tym „kutia” – to była parzona pszenica z makiem i miodem oraz innymi słodyczami, a do tego racuchy. Mi najbardziej smakowały racuchy posypane cukrem. Zatem w domu byliśmy wychowywani na dobrych, polskich tradycjach, tak aby służyć Bogu i ojczyźnie. Była także żywa tradycja podtrzymywania głębokiego szacunku dla najbliższych, a szczególnie rodziców, do których zwracaliśmy się nie inaczej jak tylko mamusiu, tatusiu. Pragnę podkreślić, że było to powszechne w naszych stronach, nieliczne były rodziny, gdzie mówiono mamo, tato. Gdy niekiedy o tym wspominam i myślę to wciąż widzę, że było to bardzo piękne, ale niestety dziś, już raczej rzadko spotykane. Moje dzieciństwo było spokojne, radosne i właściwie beztroskie. Miałem dwóch młodszych braci Feliksa z roku 1925 oraz Longina z roku 1929. Mieliśmy wielu kolegów i koleżanek w naszej wsi i to nie tylko Polaków, ale także Ukraińców, Żydów i Niemców. Wspólnie bawiliśmy się całymi godzinami i nie było wtedy między nami żadnych zadrażnień, nie przypominam sobie, aby Ukraińcy wyzywali wtedy polskie, czy żydowskie dzieci, tym bardziej, by nam grozili. Nie biliśmy się, żyliśmy w pokoju i w zgodzie. Podobnie nasze rodziny, żyły w jak najlepszej zgodzie, niejednokrotnie łącząc się w małżeństwach, tworząc nowe rodziny i nowe społeczeństwo. Do szkoły chodziłem do wsi Tumin, która była zamieszkana w większości przez ludność ukraińską. Pomimo to w szkole uczyliśmy się po polsku, języka ukraińskiego, jako przedmiotu nie było. Także ze szkoły mam właściwie same dobre wspomnienia i nie mogę powiedzieć, złego słowa na mieszkańców Tumina przed wojną.

 TRAGICZNA KAMPANIA WRZEŚNIOWA

 01 września 1939 r. był dniem słonecznym i pięknym. Właśnie w tymże dniu Polska zostaje napadnięta przez wojska hitlerowskie, bez wypowiedzenia wojny. Na niebie pojawiają się samoloty ze znakami swastyki, które zrzucają bomby na polskie miasta, wsie oraz poruszające się oddziały polskich żołnierzy i ludność cywilną. Hitlerowskie wojska przekraczają granicę Polski w różnych miejscowościach, atakują z lądu i od strony morza, dzielnie broni się załoga Westerplatte pod dowództwem majora Henryka Sucharskiego. Będąc żołnierzem I Kompanii pod dowództwem por. Władysława Marciniaka, która wchodziła w skład I Samodzielnego Batalionu Obrony Narodowej dowodzonego przez mjr. dypl. Wytycha i będącego częścią 24 Pułku Piechoty Łuck, walczyłem z Niemcami przesuwając się z Kompanią w kierunku Lwowa. Tam następuje odwrót. Docieramy do Rawy Ruskiej i okolicy. 23 września 1939 r. napotykamy tam na silny opór wojsk niemieckich. Walczy tam kawaleria pod dowództwem płk. Filipowicza, która zadała Niemcom cios pod Częstochową. Walczy  również płk. Zakrzewski ze swoim wojskiem. W tych ciężkich walkach w dniu 23 września ponieśliśmy duże straty w ludziach i sprzęcie, ale i Niemcom nieźle się oberwało. Po zakończeniu walk zabraliśmy z pola walki swych żołnierzy. Rannych umieściliśmy u miejscowej ludności, a zabitych pochowaliśmy we wspólnej mogile. Był to ostatni dzień naszej walki bowiem przyszedł meldunek, że droga na Lwów jest niemożliwa, ponieważ tereny są zajęte przez wojska radzieckie. Nasze wojska zostają sierowane do lasów szczebrzeszyńskich. Tam zostaje złożona przysięga i odczytany rozkaz przez dowódców, na mocy którego oddziały zostają rozwiązane. Od tej chwili każdy żołnierz jest dla siebie dowódcą i może podejmować dalszą walkę z wrogami. Zasłużonych żołnierzy odznaczono krzyżami Virtuti Militari. W lasach szczebrzeszyńskich przebywaliśmy do 26 września 1939 r., właśnie w tym dniu nasz batalion rozbroił się i nastąpiło ogólne pożegnanie z dowództwem. Mój dowódca por. Władysław Marciniak zobowiązał nas do dalszej walki z okupantem, aż po dzień kiedy Polska będzie wolna. Apelował by wiernie stać na straży żołnierskiego symbolu i zachować wiarę, zakończył: Bóg, Honor, Ojczyzna. Pod koniec września 1939 r. wróciłem z frontu do domu w naszej kolonii, tego dnia wielka radość była w naszej rodzinie. Kto mógł wtedy przypuszczać, jak ciężkie doświadczenia nas jeszcze czekają, póki co było spokojnie i nie było żadnych rozruchów. Ukraińcy zachowywali się spokojnie i nie było z nimi żadnych problemów. Faktem jest jednak, że wkraczających na Wołyń Sowietów Ukraińcy witali kwiatami i stawiali im bramy powitalne. Miało to miejsce przeważnie na szosie Łuck – Włodzimierz Wołyński i było o tym głośno w naszych stronach. Tymczasem Sowieci sprawnie zaprowadzili swoje rządy i od roku 1940 rozpoczęli wywozić ludzi na Syberię, bardzo poważnie obawiałem się, by i mnie to nie spotkało. Pamiętam jedną taką koszmarną noc w naszej okolicy, to było 10 lutego 1940 r., wiele osób wtedy zabrali. Z Kisielówki na „białe niedźwiedzie” wywieźli polską rodzinę Ferenców, blisko 10 osób oraz inną polską rodzinę Kadłubców, w tym dzieci: Marysię i Edmunda. Znałem ich osobiście ze szkoły w Tuminie. Poza tym zabrano także rodzinę Gnatiuka, który był gajowym hrabiego Szumińskiego oraz rodzinę Kowalskich, duża to była rodzina. Dodam, że ja tej zimy pracowałem w lesie przy drzewie, zatrudniał mnie leśniczy Czeraniuk z Dominopola.

CZERWIEC 1941 I OKUPACJA HITLEROWSKA

Pamiętam dobrze jak na Wołyń wkroczyli Niemcy, na ten czas mieszkałem w naszym rodzinnym domu, a życie toczyło się bardzo spokojnie. Ukraińcy nie stanowili jeszcze poważnego zagrożenia, dla naszej polskiej społeczności, chociaż wielu Polakom nie podobało się, że Ukraińcy kwiatami witali hitlerowców. Słyszałem, że taki przypadek miał miejsce w Tuminie, dlatego choć na razie nie atakowani, Polacy nabierali z wolna, coraz większej nieufności wobec zmiennych Ukraińców. Poza tym dobrze pamiętano, że Ukraińcy rozbrajali naszych żołnierzy w 1939 r., którzy wracali z wojny, zdarzały się i morderstwa. Było o tym dość głośno w naszych stronach. Koniecznie trzeba zaznaczyć, że zaraz na początku powstała policja ukraińska, która wysługiwała się Niemcom i typowała młodzież polską na przymusowe roboty do Niemiec. Trafiło się i mi i latem zostałem zabrany do szkoły w Oździutyczach. Tam przenocowaliśmy, a potem odstawili nas do obozu jenieckiego w okolicach miejscowości Boroczyce, powiat Horochów. Tam trzymali mnie i wielu innych moich kolegów z naszego rejonu blisko dwa tygodnie. Gdy już był podstawiony pociąg z towarowymi wagonami i ładowali nas całymi grupami, ja szukałem okazji by uciec, bardzo nie chciałem jechać do Niemiec. Już byłem w wagonie z walizką, gdy dostrzegłem, że niedaleko jest studnia z wodą, a przy niej stoi żuraw. Niewiele się namyślając, poprosiłem od stojących obok dziewczyn trzy butelki i pobiegłem nabrać wody. Niemiec mnie zatrzymał, ale pozwolił nabrać wody z tym, że ja nie bardzo się spieszyłem z tą wodą, wyczekiwałem momentu nieuwagi Szwaba, aby zaraz skoczyć, gdzieś w bok. Taki moment się nadarzył i już za chwilę, byłem za stodołą, ktoś strzelał, ale nawet nie wiem, czy do mnie prułem, ile miałem sił w nogach. Do pobliskiego lasku, było tylko 300 metrów, bałem się że któraś kula w końcu mnie dosięgnie. Na szczęście cały dotarłem do pierwszych drzew i tu poczułem się dość bezpiecznie, mimo wszystko pobiegłem w głąb lasu. Po pewnym czasie przestraszony i bardzo zmęczony, położyłem się niemal nagi przy pniaku i tylko nasłuchiwałem, jak mocno bije mi serducho. Nagle zobaczyłem, że nade mną stoi trzy osoby i pochyleni patrzą na mnie. Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć ja, jak poparzony zerwałem się na równe nogi, chwyciłem swoje rzeczy i uciekałem, gdzie mnie wiatr poniósł. Była tam ścieżka, a oni chyba mnie przypadkowo naszli, było to około godziny 14.00-15.00. Teraz szedłem już przez cały dzień i przez całą noc i nad ranem doszedłem do mojego domu rodzinnego w Kisielówce. Nie miałem już jednak spokojnego życia, ale stale musiałem się ukrywać. Po jakimś czasie, podczas mojej nieobecności w domu, policja ukraińska zabrała na roboty do Niemiec mojego brata Feliksa.

PRÓBY ORGANIZOWANIA SIĘ POLAKÓW

Pamiętam, że latem 1942 r. pod wieczór, byłem właśnie w swoim domu, byli moi rodzice oraz goście Polak Stanisław Ferenc lat około 40 i Hipolit Niemiec również Polak, zwany potocznie „Rudym”. To byli nasi najbliżsi sąsiedzi z Kisielówki, którzy przyszli do nas, aby porozmawiać o obecnej sytuacji w naszym rejonie. Wspólnie naradzaliśmy się, jak postępować w coraz bardziej napiętej sytuacji bowiem, coraz częściej słychać było, że giną pojedynczy Polacy, prawdopodobnie skrytobójczo mordowani przez Ukraińców. Szczególnie niepokojące było to, że ofiarami padali najczęściej ludzie wykształceni, inteligencja polska, nauczyciele, oficerowie i byli wojskowi. Zatem ogólnie rzecz biorąc wyglądało na to, że Ukraińcy dążą do zgładzenia, jak największej liczby patriotów polskich. Podczas tego spotkania padały najróżniejsze propozycje, aby się zacząć organizować i próbować stworzyć swoją własną, choćby prowizoryczną samoobronę. I gdy my tak właśnie rozważaliśmy, nagle ktoś zapukał do drzwi i po chwili do domu weszło trzech lub czterech Ukraińców. Kiedy jednak zobaczyli czterech rosłych Polaków za stołem, tak byli zaskoczeni, że trudno im było ukryć zmieszanie, zaczęli pytać o mnie! Jeden z nich Ukrainiec z Tumina o nazwisku Siańko, chodziłem z nim trzy lata do jednej szkoły i znaliśmy się dobrze, on to właśnie zobaczył mój wojskowy chlebak na ścianie. Zaczął z miejsca namawiać mnie, bym mu chlebak sprzedał, w końcu jednak sam zdjął chlebak ze ściany, a do mnie powiedział: „On już tobie nie będzie potrzebny!” . Teraz zaczęli mnie bardzo namawiać, abym wyszedł z nimi na dwór bowiem chcą ze mną pomówić. Zgodziłem się i wyszliśmy na drogę, gdy oni wzięli mnie w kółko, ogarnęło mnie jakieś złe przeczucie. Zacząłem się poważnie obawiać, że mogą mnie tu zgładzić, na szczęście blisko nas podeszli także tatuś, Stach i Hipol. To były mocne i potężne chłopy, dlatego ci młodzi Ukraińcy dali sobie spokój, ale na odchodne rzucili krótko: „Spotkamy się jeszcze!” . Po ich odejściu, już długo nie rozmawialiśmy i nasi goście wrócili do swoich domów. Od tej pory miałem się już na baczności przed Ukraińcami, tym bardziej że miałem ukrytą broń. Zacząłem się ukrywać, tak że najczęściej nie było mnie w domu. Przeważnie nocowałem, u swojej narzeczonej Heleny Furtak, która również mieszkała w naszej kolonii Kisielówka, choć około 300 metrów w pole, od głównej drogi. Chowałem się w stogu siana, w kopkach zboża i na strychu w ich domu. Taka sytuacja trwała do zimy 1942 r., kiedy właściwie nic nie ulegało zmianie, nadal ginęli pojedynczy Polacy. Poza tym ludność ukraińska, która znała nas od lat, zachęcała nas, abyśmy nie próbowali organizować jakichś kontaktów bowiem one nie są potrzebne. Nawet niektórzy, co pobożniejsi Polacy w naszej kolonii i okolicy byli zdania, że nie należy nic organizować, co mogłoby rozjuszyć Ukraińców i tylko jeszcze zaognić i tak już napięte nasze wzajemne stosunki. Ludzie ci uważali, że to mogłoby nawet zakończyć się rozlewem krwi, którego Polacy nie chcieli. Więc my młodzi i przeszkoleni żołnierze, mieliśmy wtedy niejednokrotnie związane ręce i niełatwo było, już wtedy podjąć jakieś konkretne działania w celu organizowania zbrojnej samoobrony ludności polskiej. Po prostu nie było wtedy takiej potrzeby społecznej, a nikt z nas w najczarniejszych nawet scenariuszach wydarzeń nie przypuszczał, by za niedługi czas rozjuszone i pijackie watachy zbójów, miałyby przyjść i pod ukryciem nocy, z zaskoczenia wyrzynać całe polskie osiedla. To było wprost nie do pomyślenia! I nawet w tamtych dniach, proroka takich wizji uznano by powszechnie za chorego na „ukraińską wściekliznę”, a może i więcej: za wariata! Zima 1942 r. nie wiele wniosła nowego, a wszystko nieco przycichło może także dlatego, że zimy na ogół, są dość spokojne. Przy czym nawet wtedy nie opuszczał nas strach, który był już naszym stałym towarzyszem wołyńskich losów. Boże Narodzenie 1942 r., jak się miało później okazać, ostatnie już na Wołyniu, przeżywałem z moją rodziną w naszym domu w Kisielówce. Owszem baliśmy się, ale atmosfera tych tak pięknych Świąt, nieco pomogła nam odpocząć. Jak co roku śpiewaliśmy dużo kolęd, choć może w smutniejszym tonie, brak brata Feliksa zabranego na roboty do Niemiec, dawał nam się wszystkim we znaki. I jak co roku, także i teraz tatuś zaprzęgnął bryczkę i pojechaliśmy na Pasterkę do naszego kościoła w Swojczowie. Względny spokój trwał więc przez całą właściwie zimę, aż do wiosny 1943 r..

BANDEROWCY NASILAJĄ PRZEŚLADOWANIA

Pamiętam, że wiosną 1943 r., po tym dość spokojnym czasie, nagle wśród ludności polskiej rozeszła się pogłoska, że Ukraińcy prowadzą jakieś wojskowe ćwiczenia w lesie Świnarzyńskim. Osobiście w końcu kwietnia gdy rano wyprowadzałem krowy na  nasze pastwisko, słyszałem jakieś dzwonki, strzały karabinowe, jakieś rozkazy wojskowe, a przede wszystkim śpiewy. Już wtedy wiedziałem, że to Ukraińcy ćwiczą swoich ludzi. Przyznam szczerze, że wcale nie dodawało mi to otuchy, ale rodziło jeszcze większy strach. Ukraińcy byli już postrzegani przez, co światlejszych i doświadczonych Polaków, jako niebezpieczni wrogowie i tylko niektórzy nadal twierdzili, że nie podniosą ręki na nas. W tym właśnie czasie, może nawet w tym samym tygodniu, poszedłem na spotkanie do pewnej Polki. Mieszkała w naszej kolonii, w dawnym domu Niemca Herszta, wywiezionego do III Rzeszy w roku 1940. To było jeszcze za dnia, zebrało się około 10 osób, rozmawialiśmy o naszym, coraz trudniejszym położeniu. Nagle nasza gospodyni Zosia krzyknęła do mnie: „Czesiek dwóch Ukraińców z karabinami czołga się do naszego domu!” . Spojrzałem i rzeczywiście zobaczyłem ich, czułem że nie ma na co czekać, drugim oknem wyskoczyłem na dwór, a tam przez zarośla i łąkę skryłem się w lasku olchowym. Poleżałem tam trochę, a następnie wróciłem do domu, jeszcze w tym samym tygodniu, może nawet następnego dnia rano, udałem się do lasu Chorostowskiego. Był tam duży 10 ha sad owocowy, należący do hrabiego Szumińskiego, który mieszkał w Tuminie. Hrabia był zięciem hrabiego Leduchowskiego z Ledachowa. Osobiście znałem dwóch synów hrabiego, w tym Michała, który po wojnie prowadził przez lata program w telewizji „Zwierzyniec”. Ogrodnikiem był Polak o nazwisku Maruda lat ok 45, mieszkał na miejscu w gajówce. Słyszałem później pewną informację, że został zamordowany wraz z żoną lat około 40 oraz z ich dziećmi. Tego dnia orałem przez cały dzień i nie wiedziałem, co się dzieje w naszym domu. Tymczasem do naszego domu pod koniec dnia przyjechali uzbrojeni Ukraińcy  na kilku furmankach i otoczyli nasz dom. Jako pierwsza zobaczyła ich Helena Furtak, która właśnie wracała drogą od krawcowej, od Polki i sądziła, że to goście, podobnie myśleli nasi sąsiedzi: Mikulscy i Głogowscy. Tymczasem jeden z tych Ukraińców wszedł do naszego domu do kuchni, gdzie była mamusia i od razu zapytał o mnie. Kiedy mama zaczęła płakać, zaczął ją uspokajać i dobrodusznie tłumaczyć, jakoby nie miała się czego obawiać. Mówił tak: „Nie płacz pani my jesteśmy kolegami Czesława z lat wojny z 1939 r. i chcemy z nim jedynie porozmawiać. My wrócimy za dwie godziny i proszę mu przekazać, że chcemy się z nim zobaczyć.” . Zabrali się i pojechali gdzieś dalej, ledwie 10 minut później, nadjechałem ja wozem na podwórko i od razu zobaczyłem spłakaną mamę, która opowiedziała mi wszystko, co właśnie u nas zaszło. Od razu zorientowałem się, że to jakiś podstęp, że chcą mnie dziś załatwić, podobnie sądzili moi rodzice. Wiele nawet się nie przebierałem, zabrałem broń i udałem się przez drogę do mojego przyszłego teścia Furtaka. Tam oczekiwałem na dalszy rozwój wypadków, nie mogłem tej nocy spać, także Helena i jej rodzina w napięciu oczekiwali na to, co się może teraz wydarzyć. Po około dwóch godzinach rzeczywiście usłyszeliśmy, że turkoczą furmanki, które zatrzymały się przy naszym domu, potem była już cisza. Na drugi dzień rano mój teść Furtak poszedł do naszego domu, aby wywiedzieć się, co się tam tej nocy wydarzyło. Okazało się, że i tym razem przyszli moi koledzy, tak przynajmniej się podawali, byli bardzo grzeczni i wypytywali się o mnie, interesowali się, co ja odpowiedziałem na ich wizytę. Kiedy nic nie wskórali pokazali swoje prawdziwe oblicze, przewracając w domu wszystko i zapamiętale szukając mnie i ukrytej broni. To jeszcze można było znieść, w końcu zapowiedzieli że przyjadą znów za tydzień, żebym wtedy już na nich czekał. Mówili już wyraźnie z pogróżkami tak: „Niech syn na nas czeka, bo inaczej będzie gorzej!” . Zabrali się i pojechali, tatusia na razie nie czepiali, póki co nie był im potrzebny. W tej sytuacji cały tydzień siedziałem u Furtaków, było w miarę spokojnie. W końcu przyjeżdżają trzeci raz, dwoma furmankami i z bronią. Ojciec bardzo przeżywał ten tragiczny czas i nie trzymała się go wcale robota, chodził tylko, palił tytoń i niespokojnie wyglądał, czy nie jadą znowu „rezuni”. On także nie wierzył w ich dobre zapewnienia! Dlatego gdy w końcu nadjechali rzucił się do ucieczki, niestety i tym razem było ich wielu, tak że udało się ojca złapać. Przede wszystkim przyszli jednak po mnie, ale ponieważ i tym razem się wymknąłem, więc wściekli się i zaczęli demolować dom, a przy tym dużo bluźnili. Tatuś opowiadał mi później, że początkowo uważnie pilnowali go na podwórku, potem zmusili go do udania się z nimi. Jak się później dowiedziałem, chcieli go w lesie skrytobójczo zamordować, ale udało mu się szczęśliwie uciec. Wyrwał się znad własnej, nieznanej mogiły, ale Ilu jest tam wciąż, po dziś dzień Takich, którym los był mniej łaskawy. Mój tatuś Władysław tak opisuje to osobiście: „W zieloną sobotę 1943 r. w trakcie zachodu słońca nasz dom, zostaje otoczony przez uzbrojonych napastników ukraińskich z zamiarem schwytania mego syna Czesława, ukrywającego się po ucieczce z obozu Boroczyce. Część oprawców otoczyła całe zabudowania, a drudzy wchodząc do pomieszczeń, wyposażeni w broń automatyczną z pogróżkami domagali się bym wydał, gdzie obecnie przechowuje się mój syn Czesław. Po zdemolowaniu całego mieszkania syna nie znaleziono. Zaczęto mnie torturować, bito mnie i kopano, abym wydał gdzie ukrywa się mój syn Czesław, czego nie uczyniłem. Po ciężkim pobiciu mnie przez oprawców, wciągnięto mnie na jeden z wozów, a było ich ponad pięć wypełnionych oprawcami. Kazano mojej żonie Rózi, by przyniosła łopatę, a było wiadomo po co. W tym czasie konwój wraz ze mną ruszył w kierunku wygonu, skręcając na lewo w kierunku lasu. Wygon to była na 10 metrów szeroka, piaszczysta droga, służąca do pędzenia bydła na pastwiska z Tumina do lasu. Wieziono mnie przez całą kolonię Kisielówka, a w lesie skręcono na prawo, 50 metrów przed gajówką. Mieszkał tam gajowy Paweł Gnatiuk, został wywieziony wraz z rodziną na Sybir 10 lutego 1940 r.. Gdy oprawcy wieźli mnie przez kolonię Kisielówka, moja żona Rózia i syn Longin biegli za wozami. Słyszałem straszliwy płacz i lament, byliśmy rodzinnie związani. Po wjechaniu wozów do lasu usłyszałem kilka serii z broni maszynowej, przyszła mi do głowy straszna myśl, że oprawcy załatwili moją żonę i syna Longina bowiem płacz i lament ustał. Nie dojeżdżając do gajówki wozy skręciły w prawo, w zarośla i tam zatrzymały się, oprawcy ściągają mnie z wozu. Dano mi łopatę do rąk i kazano kopać dół o wiadomych rozmiarach. W trakcie kopania dołu odebrano mi pamięć, drżałem z bólu i pobicia, ale zdałem się na Boską pomoc. W tym czasie zapadł zupełny mrok, a ja kopiąc dół widzę, że oprawcy pomiędzy sobą o czymś rozmawiają. W tym momencie jeden z oprawców podchodzi do mnie, a dół miałem już wykopany prawie na pół metra głębokości i mówi do mnie: „Skidaj czobuty!” – znaczy: zrzucaj buty! Zatem postanowiłem odłożyć łopatę i zrzuciłem jednego buta, następnie drugiego buta i przekazuję swemu oprawcy, stojącemu nade mną. W tym momencie „coś” mnie pchnęło do przodu i „szepnęło” do ucha: „Uciekaj, bo i tak śmierć!”. Zrobiłem skok do przodu, następnie w zaroślach skręciłem w bok. Zaczęto strzelać w moim kierunku, po czym zmieniłem kierunek i w ten sposób udaje mi się uratować moje życie, dzięki Boskiej Opatrzności. Tą tragedię trudno opisać, zrozumieć oraz w nią uwierzyć. Pragnąłbym, aby moje młode pokolenie takiej tragedii nie przeżywało. Po ucieczce od kul oprawców, gdzie uniknąłem tragicznej śmierci, opanował mnie zupełny obłęd, nie wiedziałem także, co się dzieje z moją żoną i synem Longinem, całą noc błąkałem się po lesie, nasłuchiwałem. Położyłem się w zaroślach, by nieco odpocząć, a w międzyczasie opatrywałem swoje pokaleczone nogi, kawałkami swojej koszuli. Ponieważ byłem do pasa mokry dostałem dreszczy, a przebywając w lesie, dopiero nad ranem zorientowałem się, gdzie jestem pomimo że las ten, był mi dobrze znany. Przez cały dzień ukrywałem się w tym lesie, dopiero na drugą noc spotkałem się z żoną i dziećmi. Do własnego domu podkradałem się, jak pies do własnej budy. Czołgałem się do wybudowanego schronu, tam właśnie było umówione nasze miejsce spotkania, gdzie spotkałem żonę i syna Longina. Natomiast syn Czesław w tym czasie, ukrywał się w zaroślach. Po niecałej godzinie, po odsunięciu desek, do schronu wsunął się syn Czesław, pomyślałem: „Dzięki Bogu jest nas czwórka!”. W tym czasie wszyscy Polacy na Wołyniu, przeżywali taką samą tragedię. Wybudowane schrony nie były pewne i bezpieczne, gdyż oprawcy wyciągając Polaków ze schronów, na miejscu ich mordowali.” Tak oto cudownie mój ojciec Władysław uniknął pewnej śmierci, ja tymczasem postanowiłem uciekać do wsi polskiej nazywanej Zaturce gm. Kisielin pow. Chorochów. Tam zatrzymałem się u naszej rodziny polskiej o nazwisku Wrońscy i Gregorowicze. To była bliska rodzina naszej mamusi Rozalii, która była z domu Wrońska. Juliusz Wroński to był mamy rodzony brat, pomagali mi jak mogli. Mieszkałem tam około miesiąca, w tym czasie pracowałem w gorzelni, gdzie kierownikiem był Polak o nazwisku Łyżwański. W tym czasie nie wiedziałem, co dzieje się w moim domu i w ogóle w naszych stronach.

 BRONISŁAW NIECZYPOROWSKI PS. „KRĘPY” KORONNYM ŚWIADKIEM ZAGŁADY DUŻEJ I STAREJ, POLSKIEJ WSI DOMINOPOL

Początkiem 1943 r. pojawił się na terenie Swojczowa i w okolicznych miejscowościach jakiś kpt. Dąbrowski, który zaczął organizować polską młodzież. Jego agitacja polegała na tym, aby gromadzić broń do rzekomego powstania. Do pomocy miał kaprala Gronowicza z Oździutycz i Stanisława Sawickiego ze Swojczowa oraz wielu innych współpracowników. Z rozmowy z kpt. Dąbrowskim i  okazanej listy „wykazu” jego członków wynikało, że było około 40 ludzi, byli to przeważnie młodzi zapaleńcy. Budziłem obawy, co do jego organizacji i pomimo rozpowszechniania ulotek o treści: „Bracia do walki, Ojczyzna wzywa nas. Za Jej wolność oddamy wszystko.” , nie widziałem perspektywy jej bytu. Organizacja kpt. Dąbrowskiego istniała do 11 lipca 1943 r. W dniu 10 lipca 1943

r., t.j. w sobotę kpt. Dąbrowski zwolnił swą grupę na niedzielę, w celu odwiedzenia swych rodzin. A w poniedziałek rano, t.j. 12 lipca 1943 r. polecił stawienie na moście w Dominopolu. Niestety z 11 na 12 lipca cała ludność Dominopola została kompletnie wymordowana przez banderowców, a most na rzece Turii został przez nich opanowany. Wszyscy, którzy stawili się na most, na zbiórkę zostali bezlitośnie wymordowani z kpt. Dąbrowskim włącznie. Z mojego punktu widzenia rzekomy kpt. Dąbrowski był polskim patriotą, który sprzeniewierzył się Ukraińcom i z tego powodu został zamordowany, a wraz z nim wymordowano większość członków jego oddziału. Wczytajmy się jednak w relację mojego sąsiada i bliskiego kolegi Bronisława Nieczyporowskiego ps. „Krępy”, który był żołnierzem kpt. Dąbrowskiego, a który cudownie wyratowany z masakry Dominopola, jest naocznym świadkiem zagłady tej dużej, starej polskiej wsi, oto ona: „Ja Bronisław Nieczyporowski urodziłem się 20 lipca 1925 r. na kolonii Kisielówka gm. Kisielin, pow. Horochów na Wołyniu. Mieszkałem tam z moimi rodzicami, dwoma młodszymi braćmi i jedną siostrą. W roku 1943 zaczęły grasować bandy UPA, a widząc zarazem pewną nieufność ukraińskiej ludności do Polaków, wśród naszej społeczności zaczął narastać duży niepokój. Działo się tak niestety, pomimo że razem mieszkaliśmy, razem chodziliśmy do szkoły, razem bawiliśmy się, były nierzadko mieszane małżeństwa i rodziny. Polska ludność była bardzo wierząca, nigdy nie przypuszczała, że może dojść do tak tragicznych morderstw, jakie później miały miejsce, a rozgłosy na ten temat, były nawet nie raz, celowo przyciszane. W końcu czerwca 1943 r. dowiedziałem się, że w polskiej wsi Dominopol, leżącej przy rzece Turii i lesie Świnarzyńskim, w pow. Włodzimierz Wołyński, niejaki kpt. Dąbrowski organizuje polską partyzantkę. Po zastanowieniu, zdecydowałem wraz z Edwardem Kosiorem, moim bratem ciotecznym, że udamy się tam razem i wstąpimy do tego powstającego oddziału i tak się też stało. Było nas tam 12 młodych chłopaków i byliśmy łącznikami bowiem kpt. Dąbrowski miał popisanych wielu członków tej konspiracji z okolicznych wsi i kolonii, którzy posiadali broń. Razem miało być nawet 120 osób, między innymi Czesław Życzko i Wacław Pogorzelski. Kapitan Dąbrowski nie wierzył w dobre intencje bandy UPA, a my jako łącznicy pewnej nocy mieliśmy powiadomić wszystkich posiadających broń o możliwym niebezpieczeństwie. To w przypadku gdyby trzeba było się bronić przed bandą i organizować nowe oddziały. 10 lipca 1943 r. kapitan Dąbrowski coś wyczuł i puścił nas na przepustki, powiedział: „Jak w poniedziałek będzie cicho, to wstawić się tutaj z powrotem, a ja i kapral Gronowicz pozostaniemy tutaj w Dominopolu”. Z niedzieli na poniedziałek tj. z 11 na 12 lipca w nocy banda UPA okrążyła całą wieś i bez strzału wymordowali wszystkich mieszkańców polskich Dominopola. Uczyniono to tak sprawnie, że na wybudowach około 1 km nikt nie słyszał i nie wiedział, co w Dominopolu stało się tej nocy. Zatem w poniedziałek wszyscy wracali pewni siebie z przepustek, nie spodziewając się niczego nowego, tymczasem tam wszyscy byli już pomordowani. Mój brat mając 12 lat koniecznie chciał mnie odwieźć końmi, bo chciał zobaczyć polskich partyzantów, więc zaczął prosić rodziców, aby go puścili i rodzice wyrazili zgodę. Wraz z bratem Tedeuszem zaprzęgliśmy konie i żegnając się z rodzicami ruszyliśmy w drogę, było to około 10 km. Około godziny 11.00 dojeżdżamy do mostu 12 na rzece Turii, tam stała warta UPA i zatrzymali nas. Jeden z nich wsiadł na wóz i mówi, że chce podjechać do wioski. Wjeżdżamy już na wieś, a ja zaraz zorientowałem się, że wpadliśmy w zasadzkę! Oto z ludności już nikogo nie widać, a tylko bulbowcy latają do mieszkań i rabują zdobycz po Polakach i w tym momencie ten Ukrainiec mówi do mnie: „Stój!”. Ja stanąłem, a z mieszkania wybiega czterech jeszcze i wynoszą szpadel, a do mnie tak mówią: „Wykopiesz jamę, bo mamy parę Żydów do zakopania”. Myślę sobie, to już koniec, z początku nie chciałem, to jeden z nich mnie kolbą po ramieniu, nie było wyjścia, wyszliśmy na ogród za budynki i kazał mi kopać. Zacząłem kopać, z początku chciałem szpadlem rąbnąć choć jednego, już mi ręce drgnęły, ale jakby mi ktoś je zatrzymał i mówił do mnie: „Uciekaj!”. A ja sobie zaraz w sercu pomyślałem: „Jak z tej obstawy można uciec?”, czterech ich było z ręcznymi karabinami, jeden z ruskim r.k.m. i szósty z pistoletem w ręku. A pomimo to w dalszym ciągu czułem jakby za mną ktoś stał i mówił: „Uciekaj!”. Miałem na sobie buty oficerki, które kupiłem od żony oficera i pomyślałem sobie, że w tych butach mnie nie zabiją. Brat Tadeusz stał obok i płakał, żeby go puścili do mamusi. Gdy wykopałem dół głębokości sobie po piersi, jeden z nich mówi do mnie: „Wyłaź i ściągaj buty.” i zacząłem ściągać buty. Jednego już zdjąłem, a drugi noga jeszcze była w cholewie, jak dałem susa pomiędzy nich, odbiegłem około 50 m. i o coś się zaczepiłem, przewróciłem się. W tym samym momencie oddano do mnie serię z erkaemu, także tylko mi furażerkę zbito z głowy, ale podnosząc się złapałem furażerkę i zacząłem dalej uciekać. Wtem na koniu zauważyłem jakiegoś oficera, gdyż miał jakieś odznaki, jedzie obok mnie jakieś 50 m. i krzyczy do nich: „Nie strzelać!”. Ponieważ ja biegłem do zabudowania, o mało mnie nie rozjechał koniem, na szczęście furtka była otwarta. Wpadłem na podwórze, wszystko zabudowane i tylko między stodołą a oborą był płot z desek, taka ściana wysoko ponad 2,5 metra. W tym czasie ten na koniu podjechał i z pistoletu do mnie, ale trzeci raz jak strzelił, to ja byłem już po drugiej stronie i dalej uciekałem ile miałem sił w nogach. A ci z tyłu dalej lecą za mną i strzelają, ale oni byli już za mną w odległości około 300 metrów, także ten na koniu nie daje za wygraną, goni mnie zawzięcie dalej. Patrzę, a on jedzie obok mnie, już chciałem stanąć, ale znów ktoś jakby mówił do mnie: „Uciekaj!”. Przede mną rosły nieduże krzaki, a po drugiej stronie pasło się parę koni, pomyślałem sobie, abym dostał się do tych koni. Gdy przebiegłem przez te krzaki, obejrzałem się, a tego na koniu nie było widać i nie wiem, co się z nim stało. Tak sobie przypuszczam, że jak on jechał pędem to koń musiał ugrząść, bo jak ja biegłem, to też wpadłem po kolana w błoto. Gdy zbliżałem się do tych koni, ten z erkaemu puścił serię po koniach, a te galopa w dalsze zarośla. Tych z tyłu zaś mam około 500 m za sobą i dobiegam do rzeki, ale już nie tylko w płucach, ale i w żołądku miałem sucho. Wskoczyłem do wody i połknąłem kilka łyków, to dodało mi sił i otuchy do dalszej walki. W tym miejscu rzeka była płytka w pas, przebrnąłem rzekę, a tu trafia się równina, łąki wykoszone, tymczasem ci z tyłu wciąż mnie nękają. Na szczęście mam ich już 800 m za sobą z tyłu, uciekam dalej padając w różne strony jak tylko umiałem. Oglądam się, przez rzekę przeprawia się trzech na koniach, ale konie nie chcą iść. Ja zaś mam już bardzo blisko do polskiej kolonii Popówka, nawet widzę jak uciekają przede mną zaalarmowani ludzie. Przede mną w polu jakieś zabudowanie pomyślałem, że teraz mam zasłonę i nie potrzebuję, coraz to padać. Przede mną duży obszar majątkowego żyta, biegłem ile miałem tchu, wybiegłem na taki wzgórek, oglądam się, a tych trzech na koniu jedzie za mną, ale już ze dwa km. Odruchowo oceniam sytuację, co mam teraz robić, jak nie uda mi się ich zmylić, to mnie zaraz mają. Dobiegłem do bruzdy gdzie jest małe żyto, aby zgubić ślad i udaję się na lewo do kolonii, ale gdy tylko zbiegłem w dół, tak by ścigający mnie nie widzieli, chyłkiem  wycofałem się z powrotem na wzgórze. Ryba wzięła przynętę i jeźdźcy skierowali się na kolonię, aby w ich zamyślę zaskoczyć mnie drogą, spodziewali się, że na kolonii Popówka, będę szukał teraz schronienia i wsparcia. Ja tymczasem uciekam dalej dokładnie w przeciwnym kierunku, dobiegłem do tej samej rzeczki Turii i przepłynąłem na drugą stronę. Siedziałem w zoraślach i obserwowałem co oni robią, w tym czasie, ci co ścigali mnie na pieszo, osiągnęli punkt, w którym spodziewali się mnie pochwycić. Zjeżdżali tam raz przy razie na koniach i pieszo, tak ze trzy godziny, ale z niczym musieli w końcu wracać do swoich. Uważnie ich liczyłem, czy aby któryś nie pozostał zamaskowany w ukryciu, bowiem tutaj już się nie bałem, gdyż w pobliżu był duży las. Uklęknąłem i wyjąłem książeczkę od nabożeństwa i zacząłem się modlić. Po jakiejś godzinie czasu okrężną drogą, polami wróciłem do rodzinnego domu, tak niemal cudownie ratując własne życie. Niestety mojego brata Tadeusza, tam na Dominopolu zabili.” Powyższa relacja bardzo dokładna, wiernie oddająca bezmiar tragedii mieszkańców Dominopola oraz członków konspiracji kpt. Dąbrowskiego, została mi przekazana przez Bronka Nieczyporowskiego i od tamtej pory przechowuję ją w swoich prywatnych zbiorach. Z myślą o nas wszystkich, udostępniam dziś te fakty i zaznaczam, że jeszcze do wspomnień Bronka i to zaraz, w tej pracy wrócimy.

BANDEROWCY WYRZYNAJĄ LUDNOŚĆ LIPNIK, PRZEWAŁY, BEREMESZÓW, KISIELÓWKI, CZESNÓWKI I JAWORÓWKI

Ogólne mordy ludności polskiej zaczęły się z początkiem lipca 1943 r., pierwsze ofiary padły właśnie w Dominopolu, a także na terenie naszej gminy Kisielin. W kościele parafialnym w Kisielinie, brutalnie wymordowano w czasie nabożeństwa setki Polaków, pozostała część broniła się w murach, nieprzerwanie przez 12 godzin. Bandyci odstąpili dopiero nocą, po temu wyratowała się cześć ludności polskiej. W tym samym czasie i także podczas nabożeństwa, dokonano masowej zbrodni w kościele w Porycku. Następnie atakowane były inne miejscowości, w tym Rudnia, a ludność polska bestialsko mordowana od niemowląt po starców. Ogólny mord naszej kolonii Kisielówka nastąpił 21 sierpnia 1943 r., poniżej zamieszczam dokładny opis tamtych tragicznych wydarzeń oraz okoliczności, które poprzedziły napad banderowców. A było to tak: gdy dowiedziałem się, że Ukraińcy wymordowali Polaków w Kisielinie i na Rudni, postanowiłem wrócić w rodzinne strony, aby przekonać się, co się właściwie dzieje w moim domu. Dlatego nocą poszedłem do Kisielówki i zapukałem w okno, gdy rodzice zobaczyli mnie zdrowego, popłakali się ze szczęścia, nie wiedzieli bowiem, czy w ogóle jeszcze gdzieś tam żyję. Okazało się przy tym, że w naszych stronach Ukraińcy również mordują Polaków i że całkiem niedawno wymordowali ludność cywilną Dominopola. Nie mogłem oczywiście pozostać w domu, dlatego nieustannie ukrywałem się w kopach na polu, w pobliskich zaroślach oraz w lesie, podobny los dzielił w tym czasie mój tatuś. W domu pozostawała najczęściej mama Rozalia i brat Longin, ale nawet oni często chowali się w podziemnym schronie, który znajdował się w sadzie, obok pieca. Zatem były to dni i miesiące niezwykle trudne, oto jak wspomina je Bronek Nieczyporowski: „W tym czasie byliśmy bardzo ostrożni, a gdy zostaje wymordowany Dominopol, gdy „krwawa niedziela” nie ominęła nawet świątyń w Kisielinie i Porycku zaczynają nam serca drżeć. Chowamy się gdzie kto może, po lasach, zagajnikach, polach i miedzach. Ale nawet wtedy, pomimo tak nieznośnych warunków współżycia z Ukraińcami nie wszyscy Polacy wierzyli, że może dojść do takiej masakry, jaka spotkała mieszkańców Dominopola. Byli nawet i tacy, którzy liczyli na to, że to wszystko jakoś przejdzie. I chociaż nasza organizacja istniała, 14 oczywiście w pewnym ograniczeniu, byli i tacy miejscowi Polacy, którzy ostrzegali nas, że jeśli okażemy, że posiadamy broń, to nas Ukraińcy pobiją, taka była po prostu mentalność. Członkami naszej konspiracji w tych dniach grozy byli: kol. Wacław Pogorzelski, kol. Gronowicz z Oździutycz, Stanisław Ferenc, Konstanty Zymon, Czesław Życzko oraz wielu innych kolegów.” . Świadectwo naszego kolegi Bronka rzuca zatem pewne światło, dlaczego i w naszej kolonii nie zawiązała się czynna, zbrojna samoobrona, która mogłaby stawić opór rozjuszonym banderowcom w razie spodziewanego ataku. Tak ukrywaliśmy się, aż do 21 sierpnia 1943 r., kiedy w biały dzień, w samo południe, około godziny 14.00 miał miejsce zbrojny napad na naszą kolonię. Stałem na brzegu lasu chłopskiego, gdy się zaczęło, naprzeciw pola Polaka Zymona z Kisielówki. Nagle zobaczyłem, że do naszego domu idzie pieszo kilka osób, nie mogłem jednak dostrzec, czy posiadają broń, jedna osoba jechała na koniu. Gdy oni zniknęli wśród naszych zabudowań, usłyszałem jeden strzał, a potem nastąpiła cisza. Za chwilę usłyszałem więcej strzałów, już na terenie samej kolonii. Zobaczyłem także jak na dłoni, jak od zabudowań naszej kolonii w kierunku lasu uciekają ludzie w różnym wieku, w tym dzieci, nie mogłem jednak nikogo rozpoznać ponieważ wciąż było daleko, choć już po chwili rozpoznałem Wacława Pogorzelskiego. W tej dramatycznej chwili, tuż obok mnie stała nasza sąsiadka Helena, moja przyszła żona oraz jej rodzice Franciszka i Andrzej Furtak. Nagle usłyszeliśmy strzały w lesie, w tej sytuacji przestraszyliśmy się i rzuciliśmy się do gwałtownej ucieczki w głąb lasu, w kierunku drewnianej Kaplicy hrabiego Szumińskiego. Kaplica stała przy Krzyżówce w lesie i póki co, szliśmy sośniną dość pewnie bowiem las ten znałem od dawna dość dobrze. Od kiedy jeszcze przed wojną, wraz z hrabią Szumińskim polowaliśmy na ptaki, zające i sarny. Do dziś pamiętam, jak często bywałem w jego domu, widziałem tam całe dwa pokoje, wystrojone przeróżnymi ptaszkami, wypchanymi od środka tytoniem. Kiedy zbliżyliśmy się do Kaplicy w lesie, nagle wokół nas zaczęły rwać się pociski moździerzowe, które Ukraińcy miotali gdzieś z lasu Świnarzyńskiego. Widać mieli dość dobry zwiad, bądź po prostu domyślali się, że właśnie tam Polacy szukają dziś swego schronienia. Oczywiście w lesie powstała wielka panika, zszokowani ludzie nie wiedzieli zupełnie, gdzie mają uciekać, gdzie szukać ratunku. A było tam już około kilkadziesiąt osób z bardzo różnych miejscowości, wśród nich było bardzo wielu naszych sąsiadów. W pewnym momencie dostrzegłem mężczyznę, który szedł bardzo szybko, a przy tym wydawał mi się bardzo podobny do mojego tatusia, więc pogoniłem za nim i krzyknąłem: „Tatusiu!” . Tymczasem on gwałtownie się odwrócił, a dzieliło nas już ledwie 10 metrów i bez jednego słowa wypalił do mnie z broni. Na szczęście, gdy tylko zobaczyłem jego twarz, poznałem Ukarińca z Tumina o imieniu Wasyl, nazywanego też „Wargatym”, od razu rzuciłem się na ziemię, tak że mnie nie trafił. Zaraz też przytomnie wskoczyłem w leśny gąszcz, który mnie ochronił. Potem szybko wróciłem do naszych i razem z dużą grupą ludzi uciekających od Kaplicy, ruszyliśmy w kierunku Czarnego Lasu. Wielu ludzi krzyczało bowiem do nas, by nie iść pod Kaplicę bowiem tam już rozpoczęła się rzeź, Ukraińcy strzelają kogo popadnie oraz rąbią siekierami i widłami kogo się da. Tak więc nie mając wyboru, uciekaliśmy razem z nimi, to były naprawdę straszne chwile. Jakby piekło rozwarło się na ziemi, jeden uciekał i płakał, inny biegł i krzyczał coś tam, może kogoś nawoływał, a może jakiś amok właśnie go ogarnął, dzieci piszczały. Przy czym cały czas słychać było strzały karabinowe, na szczęście przestali strzelać z moździerzy. Dotarliśmy tam po jakiejś godzinie i naszym oczom ukazała się już duża grupa ludzi z różnych miejscowości, w tym z Dominopola,  Kisielówki, Augustowa, ale przede wszystkim z Jasionówki oraz polskiej koloni Czesnówka, która była położona za Czarnym Lasem. To był bardzo dogodny teren do ukrycia się gęsty, trudno dostępny las olchowo-brzozowy i mnóstwo przeróżnych krzaków, gdzie bardzo łatwo można było się schować, a przy tym były tam bagna i moczary. Tam właśnie zatrzymaliśmy się, a tymczasem przybywały, coraz to nowe osoby i całe rodziny. Właściwie prawie wszystkich znałem, byli tam dla przykładu: Stanisław Łachowski oraz jego rodzina z Czesnówki, oraz bardzo wielu innych. Póki co, byliśmy w samym piekle i wspólnie zastanawialiśmy się, co robić dalej, gdzie uciekać i jak się stąd wydostać, z tych nie lada tarapatów. Jak zwykle w takich chwilach zdania były bardzo podzielone, niektórzy chcieli przeczekać spokojnie na tym uroczysku do rana, a potem wrócić do swoich domów, do swojego całego dorobku życia. Takie stanowisko zajęli przede wszystkim ludzie starsi, mówili tak: „My wracamy rano do domów naszych, tam cały nasz majątek, tam nasza chudoba, a to przejdzie i znów będzie u nas spokojnie, będzie znów dobrze. Przecież Ukraińcy to też ludzie, za co oni mają nas bić, przecież my tyle lat przeżyli w zgodzie i w najlepszym porządku”. Inni byli jednak przeciwni, aby wracać do swoich domów uważali, że Ukraińcom po tym, co zrobili nie można już zaufać, ale przeciwnie trzeba koniecznie próbować przedostać się do miasta Włodzimierz Wołyński. Może przynajmniej tam uda się przeżyć i doczekać do końca wojny. Tak uważali przede wszystkim młodzi, mówili więc tak: „Pójdziemy do miasta, zobaczymy jak tam jest, przekonamy się, czy tam w ogóle da się przeżyć. Potem tu wrócimy i wszystko wam opowiemy”. Wtedy odezwał się Stanisław Łachowski, który był wyraźnie zdenerwowany mówiąc: „Zanim pójdę do miasta, pójdę do naszej kolonii i spalę swój dom, kto pójdzie ze mną?!”. Zgodził się pójść Bronek Nieczyporowski, mój sąsiad z Kisielówki, zanim jednak jeszcze wyruszyli, ktoś tak przemówił: „Nie rób tego bo ogień rozniecisz i ściągniesz nam na głowy banderowców, którzy nas tu wszystkich rychło wykończą.” . Poszli ale ognia rzeczywiście nie podłożyli, tylko Stach zdemolował wszystko w swoim domu, a odchodząc zabrał z sobą duży garnek miodu pszczelego. A trzeba dodać, że od miejsca naszego ukrycia, do domu Staszka było zaledwie 300 metrów. Miodu było bardzo dużo, więc wszyscy, kto chciał mogli trochę zjeść. Trwaliśmy w lesie, cenny czas uciekał, a nasze trudne położenie wcale się nie poprawiało, coraz więcej osób chciało jednak uciekać do miasta Włodzimierz Wołyński. Widząc to poprosiłem Staszka Łachowskiego i Helenę Furtak, aby udali się ze mną do Kisielówki, gdzie w domu została moja mamusia Rozalia. Wzięliśmy ze sobą karabin i dwa granaty i przez las dotarliśmy do gospodarstwa Heli, panował tam spokój, więc wypuściliśmy zwierzęta gospodarcze, aby się nie męczyły. Następnie przeszliśmy przez posesję Polaków Stanisława i Zofii Mikulskich, których syna Władka oraz córkę Marysię rocznik 1921 osobiście znałem. Przypominam sobie jak pierwszy raz ja i ona szliśmy do szkoły do Tumina, mama wzięła kropidło ze święconą wodą i pokropiła nas dobrze mówiąc: „Trzymajcie się dzieci za rączki i idźcie do szkoły razem. Niech was Bóg prowadzi. Czesiu to twoja przyszła narzeczona.” . Los chciał jednak inaczej i Marysia została zabrana na roboty do Niemiec w roku 1942, tam też niestety zginęła, podczas ciężkich bombardowań. Po chwili byliśmy już w moim domu, był otwarty, bardzo się bałem, tak że zaraz po wejściu dosłownie struchlałem. Nawoływałem mamusię, ale nigdzie jej nie było, wtedy wyszedłem z domu do sadu, gdzie był nasz piec chlebowy i poczułem zapach świeżego, upieczonego chleba. Rzeczywiście był jeszcze chleb, ale mamy naszej nigdzie nie było, ani śladu, także schron był pusty. Ponieważ nikogo nie znaleźliśmy, wróciliśmy do lasu.

 PORANIENI, BRUDNI, GŁODNI I BLISCY OBŁĘDU, PRZEKRADAMY SIĘ NOCĄ DO MIASTA.....

 Po drodze w chłopskim lesie napotkaliśmy jakichś ludzi, ale na razie nie wiedzieliśmy kto to jest. Zaczęliśmy podpatrywać i poznaliśmy, że to Helena Petelicka wraz z swoim synkiem Henrykiem lat około 5. To byli nasi ludzie z Kisielówki, którzy skryli się tu, uciekając spod Kaplicy, gdzie napadli na nich ukraińscy sadyści. Gdy ją znaleźliśmy była pół przytomna i zupełnie nie wiedziała, co ma teraz z sobą zrobić, gdy nas poznała i trochę do siebie przyszła, tak zaczęła nam opowiadać horror, który sama niedawno przeżyła: „Byłam z mężem Eugeniuszem, synem Henrykiem oraz wieloma innymi Polakami w zaroślach przy Kaplicy myśliwych. Tam napadli na nas Ukraińcy i zaczęli wszystkich mordować, rąbiąc kogo się da siekierami. Zarąbali mojego męża, a ja wyrwałam się dosłownie spod siekiery i uciekłam, teraz chowam się jak widzicie i naprawdę nie wiem, co mam z sobą zrobić!”. Oczywiście zabraliśmy ich z sobą, do całej naszej grupy w Czarnym Lesie. Tam zapadła decyzja, aby wyruszyć jednak do miasta, a była już ciemna noc. Niestety około piętnastu osób nie przystało na ten plan i zostało na miejscu, w tym mój brat Longin oraz rodzice Heli, brat Eugeniusz i siostra Czesława. Zostali także: organista ze Swojczowa, rodzina Kosiorów z Czesnówki, Adam Zymon i wielu innych. Tymczasem my umówiliśmy się, że grupę będzie prowadzić trzy osoby: ja osobiście, Stacho Łachowski i Hela. Ustaliliśmy także hasło rozpoznawcze na wypadek, gdybyśmy się rozproszyli, wobec zbliżającego się wroga, pomodliliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Mijaliśmy pola i łąki, aż dotarliśmy do łąk księdza Franciszka Jaworskiego koło Swojczowa, około 1 km od samego Kościoła. Tam dostrzegliśmy bardzo dużą łunę i jedni mówili, że to pali się probostwo, a inni że to pali się Kościół. Takie to zrobiło na nas wrażenie, że dosłownie poklękaliśmy na ziemi i poczęliśmy odmawiać Litanię do Najświętszej Marii Panny. Modlitwę zaproponowała i prowadziła Stefania Uleryk, Polka z Czesnówki, lat około 45, zwana popularnie „Stefanichą”. Była to kobieta pobożna, znana z tego, że zawsze w maju prowadziła przy Krzyżu w Czesnówce nabożeństwo majowe. Pamiętam, że był tam duży drewniany Krzyż, który stał przy krzyżówce, często mijałem go, gdy szedłem na ryby do rzeki Turii, na grzyby do lasu Świnarzyńskiego, czy do pracy przy drzewie. Do dziś nie wiem, co się wtedy paliło, w każdym razie na pewno paliło się blisko samego Kościoła, może to był nawet sam Kościół. Tymczasem my ruszyliśmy w dalszą drogę i spotkaliśmy dwóch mężczyzn, szybko okazało się, że to Bronek Nieczyporowski i Eugeniusz Głogowski, którzy wcześniej zdecydowali się wybrać na własną rękę do miasta. Teraz postanowili dołączyć do naszej grupy. Gdy mijaliśmy pole, na którym wciąż znajdowały się pół kopki zboża, ktoś przeskoczył, tuż przed nami do drugiego pół kopka. Zaraz go okrążyliśmy i wydobyliśmy, okazało się, że jest to mężczyzna lat około 45, którego zabraliśmy ze sobą do zrewidowania. Niedługo później dotarliśmy do Cegielni, już świtało, gdy zatrzymała nas czujka polska, która zaraz wprowadziła nas na placówkę, a tam było już sporo naszych chłopców pod bronią. Tam wszyscy trochę odpoczęliśmy, napiliśmy się gorącej kawy, a gdy słońce było już dość wysoko, wyruszyliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego. Przed południem byliśmy już w mieście. A oto pełna liczba osób, które udało się uratować i bezpiecznie przeprowadzić z Czarnego Lasu do Włodzimierza Wołyńskiego: Łachowski Bronisław lat 60 i jego żona lat 51, córka Antonina lat 25, Anastazja lat 18, Alfreda lat 15, Lucyna lat 8, synowie Kazimierz lat 5 i Edmund lat 17. Łachowski Stanisław lat 20, żona Helena lat 30, dwie córki 1,5 roku i 1,4 miesiące. Łachowski Marian lat 33, Łachowski Stanisław lat 17. Lipińska Anna lat 40, Uleryk lat 50, Anzołka Jerzy lat 19. Suszyńscy: mąż i żona lat ok. 65. Suszyński Hipolit i jego żona Helena lat 35. Suszyński Józef lat 30, Sabina lat 20, Kazimiera lat 18, Regina lat 17. Kuczko lat 46 i troje małych dzieci. Zymon Adam lat 40, żona i dwoje dzieci Lenard lat 50 i syn Janek lat 14. Uleryk matka lat 50 i dzieci lat 22, 18 i 16. Gniot Eugenia lat 26. Uleryk Jan lat 22. Głogowski z żoną i dziećmi, razem 5 osób. Kotera Oktawia, córka organisty ze Swojczowa lat 18. Kosior Jan, był on błąkającym się dzieckiem. Ludzie powyżej wymienieni 21.08.1943 r. umknęli śmierci przed bandą UPA ukrywając się w zaroślach lasu Szumińskiego, nierzadko wyrywając się z rąk oprawcom, szczęśliwie doprowadzeni do miasta Włodzimierz Wołyński, już nad ranem 22 sierpnia 1943 r. Przebieg tych tragicznych wydarzeń potwierdza także Bronisław Nieczyporowski, który w dużo większym skrócie, tak relacjonuje te godziny męki: „W dniu 21.08.1943 r. zostaje napadnięta nasza kolonia Kisielówka. W tym czasie część ludności polskiej ukrywała się, a część była jeszcze w swoich domach. Dla przykładu moi rodzice byli już w lesie, ale mama Longina Życzko dopiekała chleb, bo siedział w piecu i mówiła do nas: „Jak tylko chleb się dopiecze i ja zaraz przyjdę do was do lasu.” . To był ostatni raz jak widzieliśmy panią Życzko przy życiu, było około 14.00 kiedy udaliśmy się do lasku. Gdy banderowcy zaatakowali ja i Longin Życzko właśnie wyszliśmy z tego lasku do swoich domów, by zabrać nieco więcej ubrań i żywności. Jeszcze z lasku zobaczyliśmy, że przy naszych zabudowaniach pojawiają się jacyś osobnicy, a jeden z nich jedzie na koniu. Słyszymy strzał, Lonek zaczął płakać i klęknął i mówi: „Już naszą mamusię zabili!”. Niemal w tym samym czasie w lesie zaczęła się obława na Polaków, wśród naszej przerażonej ludności wybuchła panika. Banderowcom o to właśnie chodziło, by nie było żadnej próby oporu z naszej strony, mogli teraz wyłapywać ludzi jak kuropatwy. Grupa ludności polskiej zgromadziła się w lesie, koło kaplicy hrabiego Szumińskiego, tam dopadli ich Ukraińcy i zaczęła się prawdziwa rzeź. Z tej grupy spod siekiery wyrwała się Helena Petelicka ze swoim synkiem Henrykiem, którą odnalazłem na wpół obłąkaną w lesie i już razem udaliśmy się do lasku bagnistego Czesnówki zwanego Lasem Czarnym. Niestety nie znalazłem tam swoich rodziców, choć było tam wielu ludzi, w tych zaroślach jedni się modlą, jedni płaczą, nikt nie wie co ma robić, jeszcze inni twierdzą że to wszystko przejdzie, a rankiem wrócimy do swoich domów. Część ludzi chce się dostać do Włodzimierza Wołyńskiego, a Andrzej Furtak twierdzi, że dobrze zna gajowego o nazwisku Marko, który był Ukraińcem. Dopowiada jak to mu buty robił, Furtak był szewcem i jak się razem gościli, znacząco pyta: „Dlaczego ma mnie zabić, za co?!” W obliczu tych wydarzeń Czesław Życzko prosi Stanisława Łachowskiego, aby udał się z nim na Kisielówkę, po jego matkę, Stach godzi się, razem z nimi poszła Helena Życzko. Ja sam widząc tak wielkie zamieszanie postanawiam wraz z Gienkiem Głogowskim opuścić tę grupę i razem udajemy do miasta Włodzimierz Wołyński. Kiedy jeszcze byliśmy w drodze, w lesie napotykamy dużą grupę ludzi i rozpoznajemy tych samych niedobitków, których wcześniej zostawiliśmy w Czarnym Lesie. Grupę tę ubezpieczali Czesław Życzko, Stanisław Łachowski i Helena Furtak, dołączyliśmy teraz do nich i pomagaliśmy w razie ataku ze strony rezunów. Na szczęście już bez większych problemów dotarliśmy do samego miasta.” . Takie to są właśnie zapiski mojego kolegi Bronka Nieczyporowskiego. W podobnym duchu, choć jeszcze skąpiej, o tych wydarzeniach pisał po wielu latach w miejscowości Rzepnowo na Pomorzu Stanisław Łachowski, oto jego krótki 18 opis: „W wyniku masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu w czerwcu i lipcu 1943 r. oraz palenia polskich wiosek i osiedli przez bandy UPA, została spalona i moja rodzinna wioska Czesnówka w ówczesnym powiecie Horochowskim. Uratowawszy życie tułałem się po zbożach i krzakach i w dniu 12 lipca 1943 r. (oczywiście jest to błąd wynikający z upływu czasu, który skutecznie zaciera ślady w pamięci – atak na Czesnówkę i okolice był 21 sierpnia 1943 r., a Stach Łachowski dociera do miasta 22 sierpnia) dotarłem do miasta Włodzimierz Wołyński. Mając w perspektywie wyjazd na roboty przymusowe do Niemiec, lub wstąpienie do polskiej samoobrony, wybrałem to ostatnie. W sierpniu 1943 r. znalazłem się w oddziale zbrojnym sierżanta (a wówczas plutonowego) Kazimierza Sondaja w miejscowości Werba koło Włodzimierza. Brałem czynny udział w obronie mienia i życia ocalałej jeszcze z banderowskich rzezi ludności polskiej w tamtej okolicy.” .

W POSZUKIWANIU OCALONYCH I UKRYWAJĄCYCH SIĘ

Już parę dni później ja Czesław Życzko i inny mój kolega Wacław Pogorzelski, również z Kisielówki postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwania jeszcze żywych, a ukrywających się ludzi, także członków naszych rodzin. Na początku skierowaliśmy się do Czarnego Lasu, gdzie ostatni raz widzieliśmy żywymi nasze rodziny niestety, gdy tam trafiliśmy, na miejscu nie było już żadnej żywej osoby. Tylko luźne pozostałości po ludziach leżały w krzakach, ale śladów krwi nigdzie nie znaleźliśmy. Tylko na wzgórku widać było zruszoną ziemię, tak jakby dwie mogiły, mieliśmy złe przeczucia, spodziewaliśmy się, że tam leżą kolejne ofiary ukraińskich zbirów. Nie mieliśmy jednak odwagi, aby to zaraz sprawdzić, sami bowiem baliśmy się swojego cienia. Tak przesiedzieliśmy w krzakach cały dzień, szperając tu i tam, a nocą wróciliśmy do miasta. Po kilku dniach znowu wybraliśmy się w tamte strony na poszukiwania naszych bliskich, tym razem towarzyszył mi Władysław Mikulski, który również szukał swojej rodziny. Znów wyruszyliśmy pełną nocą i dość szybko dotarliśmy do polskiej koloni Świczówka, mieszkał tam Polak o nazwisku Buchowiecki. Miejscowość była opuszczona, tylko w jednym domu mieszkała rodzina Buchowieckich, była to rodzina mieszana polsko – ukraińska. Na podwórzu wyczuły nas psy i zaczęły od razu ujadać, wtedy wyszła z domu Antonina Przybyła, córka Buchowieckich i zobaczyła nas. Od razu przywitała nas z radością mówiąc: „Witajcie, skąd przychodzicie?!” . W tym momencie z domu wyszła także jej matka Buchowiecka i jak tylko nas zobaczyła, od razu krzyknęła na cały głos: „Lachi priszły!!” i pogoniła do sąsiadów. Tymczasem my dalej rozmawialiśmy z Antosią, która zaczęła nas błagać: „Weźcie ze sobą mojego męża Pietryka, który już dwa tygodnie siedzi pod podłogą, gdzie ukrywa się przed Ukraińcami.” . Zaraz na niego zawołała, a on rzeczywiście wyszedł na podwórze, od razu poznaliśmy, że jest zarośnięty i skrajnie wyczerpany, miał poważne trudności z ustaniem o własnych siłach. Dobra żona podała też jego rzeczy, a my zaraz wyruszyliśmy z powrotem do miasta Włodzimierza. Poszliśmy jednak w kierunku na Chorostów, aby zmylić ewentualną pogoń, a potem skręciliśmy na Włodzimierzówkę. W drodze odpoczywaliśmy w lesie, po przeróżnych krzakach i tam właśnie Piotr Przybyła opowiadał nam ze szczegółami, jaką gehennę przeżył w ostatnich dniach w domu swojej teściowej, mówił tak: „czasie w naszym domu przebywali banderowcy, którzy gościli się tu niekiedy i na cały głos przechwalali się, Już od prawie dwóch tygodni ukrywam się u mojej teściowej pod podłogą, obawiałem się bowiem, żeby mnie Ukraińcy nie zamordowali, gdyby dowiedzieli się, że wciąż tam jestem, już bym zapewne nie żył. Przez cały ten straszny czas pomagała mi moja dobra żona Tosia, teściowa nic nawet nie wiedziała o moim miejscu ukrycia. W tym czasie w naszym domu przebywali banderowcy, którzy gościli się tu niekiedy i na cały głos przechwalali się, jak to Polaków mordowali.. Słyszałem to bardzo wyraźnie, gdyż  mówili dosłownie nad moja głową. Jednego razu usłyszałem głos Ukraińca, który opowiadał jak zginęła rodzina polska Furtaków, których wcześniej znał dobrze. Kiedy ich znalazł Andrzej Futrak uklęknął przed nim, złożył ręce jak do modlitwy i zaczął go prosić, aby im wszystkim darował życie. Wtedy Ukrainiec Marko z Tumina, jak sam się potem przechwalał, jak go rąbnął siekierą w głowę, aż krew trysnęła na niego! A potem pozabijał wszystkich pozostałych, którzy tam byli, również bezlitośnie rąbiąc ich siekierą.” . Warto dodać, że mój teść Furtak, był człowiekiem potężnie zbudowanym i mógł temu Ukraińcowi łeb ukręcić gołymi rękoma. Nie wiem dlaczego tego nie zrobił, może napastników było więcej i nie było realnych szans na obronę, a może postawił na litość i liczył, że prośbą i modlitwą przejedna znajomego Ukraińca. Tym bardziej, że gajowy Marko był w domu Andrzeja Furtka bardzo częstym gościem, przede wszystkim gdy przychodził naprawiać swoje schodzone buty. Podczas tej drogi Piotr Przybyła opowiadał mi również, jak zginęła moja mamusia Rozalia. Dowiedział się, że została zastrzelona w ogródku, tuż obok pieca, była właśnie w fasoli, o ile dobrze pamiętam i to usłyszał pod podłogą. Opowiadał jeszcze wiele innych historii, ale niestety nie utrwaliły mi się w pamięci, a kiedy byliśmy już w mieście, nasze drogi się rozeszły. Po wojnie spotkałem się z nim jeszcze dwa razy w Hrubieszowie, był tam przez długie lata wójtem. Niestety już nie żyje, został pochowany na cmentarzu w Hrubieszowie. Warto też dodać, że Piotr Przybyła pochodzi z Kisielówki, gdzie mieszkali jego rodzice oraz siostra Zofia, która wyszła za mąż za Piotra Krzeszowiec. Mieli razem dzieci, a on był Ukraińcem, ale mało kto o tym wiedział. Niestety podczas mordów Piotr Krzeszowiec zamordował swoją żonę Zosię. Osobliwą tragedię przeżyli także ich najbliżsi sąsiedzi Józef i Józefa Gnatiuk oraz ich córka lat 14, których ukraińskie bandziory powiązali drutem ostrym, kolczastym i tak ich okrutnie zamęczyli. Tak przynajmniej opowiadali sobie ludzie w mieście we Włodziemierzu. Oto wykaz pomordowanych Polaków na kolonii Kisielówka, Czesnówka, Jaworówka, Bermeszów i Lipnik w dniu 21.08.1943 r., który ja Czesław Życzko sporządziłem w porozumieniu z towarzyszami niedoli, w tym: moją żoną Heleną Życzko z domu Furtak, Stanisławem Łachowskim z kolonii Czesnówka oraz Bronisławem Nieczyporowskim: Życzko Rozalia, maja mama lat 50, mój brat Longin lat 15 – Kisielówka. Furtak Andrzej lat 52 mój teść, jego żona Franciszka lat 40, syn Eugeniusz lat 11, córka Czesława lat 9 – Kisielówka. Michalec Stefania lat 10, Michalec Maria lat 47, obie były naszymi sąsiadkami – Kisielówka. Ambroziak Mieczysław lat 16, był naszym sąsiadem – Kisielówka. Kampanowski Michał lat 40, Janina lat 35, Stanisław lat 15, to byli nasi sąsiedzi także – Kisielówka. Marceniuk Mieczysław lat 20, nasz sąsiad – Kisielówka. Zymon Katarzyna lat 60, Bolesław lat 35, Hipolit lat 30, Janina lat 27, Maria lat 6, Stanisława lat 4, Zymon Kazimierz lat 33, Emilia lat 27, Józefa lat 5, Agata lat 3, Zymon Medzik lat 45, Władysława lat 30, Stanisław lat 6, Marian lat 4, Zymon Michalina lat 22, Władysław lat 5., to też nasi sąsiedzi – Kisielówka. Suszyński Kazimierz lat 67 – Kisielówka. Czerwonko Rozalia lat 78 – Kisielówka. Merszałek Natalia lat 22, Jan lat 4 – Kisielówka. Nieczyporowski Tadeusz lat 14 – Kisielówka. Gałuszka Julian lat 43, Aniela lat 45, Władysław lat 16, Wanda lat 9, Stanisław lat 7, Józef lat 5, Stefan lat 3 – Kisielówka. Niemiec Magdalena lat 57 – Kisielówka. Gnatiuk Józef lat 47, Józefa lat 45, Stefania lat 15 – Kisielówka. Gronowicz Władysław lat 70, Maria lat 65 – Kisielówka. Petlicki Witold lat 12 – Kisielówka. Dec Stanisław lat 38, Józefa lat 61, Marian lat 2 – Kisielówka. Ferenc Józef lat 29 – Kisielówka. 20 Mikulska Zofia lat 45, Wanda lat 12, Stefania lat 10 – Kisielówka. Głogowski Józef lat 15, Rozalia lat 14 – Kisielówka. Michalczuk Antoni lat 69, Maria lat 65 – Kisielówka. Ferenc Bolesław lat 7, Stanisław lat 5 oraz noworodek 2 dni – Kisielówka. Pogorzelski Antoni lat 71 – Kisielówka. Uleryk Antoni lat 72, Aniela lat 50, Stefan lat 57 – Kisielówka. Michalczyk Stanisława lat 9 – Kisielówka. Zybura Michał lat 53 (mój wujek), Katarzyna lat 40 (moja ciocia), Zofia lat 75, Marian lat 15, Jan lat 9, Tadeusz lat 7, Teresa lat 4 (to moje kuzynostwo) – Jaworówka. Wyszyński Aleksander lat 45, (mój szwagier), Maria lat 40, (moja siostra), Aleksander lat 16, Janina lat 14, Aniela lat 12, Jadwiga lat 10 (mój brat i siostry cioteczne) – Bermeszów. Wrońska Maria lat 65 moja ciocia – Lipnik. Kutowicz Antoni lat 40 mój kuzyn – Lipnik. Rowiński Walenty lat 32 mój kuzyn – Lipnik. Pajta Józef lat 32 komendant PW – Lipnik. Wolski Józef lat 19 to z dalszej rodziny – Lipnik. Uleryk Stefan lat 65 – Czesnówka. Łachowski Aleksander lat 70, żona lat 67 – Czesnówka. Kuczko Bronisław lat 53 i troje dzieci lat 20, 8 i 6 – Czesnówka. Kosior Józef lat 22 i brat Edward lat 19 – Czesnówka. Uleryk Jan lat 72 i zona lat 60 – Czesnówka. Błędowski Stefan lat 30 i 1-roczny synek – Czesnówka. Torkowski Jan lat 30 i żona Władysława lat 20 – Czesnówka. Dumański Wacław lat 58 oraz cała rodzina tj. 6 osób od 17 do 4 lat – Czesnówka. Zymon Jan lat 63, żona lat 51 oraz 4 dzieci od 21 do 5 lat – Czesnówka. Błędowska Helena lat 31 i jej syn lat 3 – Czesnówka. Błędowska Maria lat 60 – Czesnówka.

 NA SZLAKU BOJOWYM 27 WOŁYŃSKIEJ DP ARMII KRAJOWEJ

 Parę dni później ja i mój tatuś oraz Helena, udaliśmy się na polską kolonię Wodzinek koło Bielina, gdzie była już placówka polskiej, lokalnej samoobrony. Tam mieszkał również mój stryj Ludwik Życzko, wraz ze swoją rodziną i u niego zatrzymaliśmy się na dość krótki czas. Od tego też momentu, włączyliśmy się w czynną pracę konspiracyjną, nawiązując kontakt z ppor. „Piotrusiem”, dowódcą nowo tworzącej się I kompanii. Będąc w I Kompanii brałem czynny udział w walkach wokół takich miejscowości jak: Kraki, Gnojno, Stęzarzyce, Jagodzin, Lasy Mosurskie. W Lasach Szackich 21 maja 1944 r. zostaję ciężko ranny i opatruje mnie felczer Barański, tak też zostawiają mnie oddziały dywizyjne. Po odzyskaniu przytomności napotyka mnie cofający się oddział partyzantki sowieckiej i zabiera mnie ze sobą. W dniu 25 maja 1944 r. przekazują mnie do I bat 45 pułku „Gzymsa”, zostaję przydzielony do I kompanii por. Szczepanika, do II plutonu st. sierżanta Marciniaka ps. „Miglanc” i do dow. V drużyny kaprala Sawickiego. W szeregach tej braci walczę, aż do forsowania rzeki Bug, t.j. do nocy z 09 na 10 czerwca 1944 r. Przed forsowaniem rzeki Bug dowódca plutonu wydaje rozkaz dowódcy drużyny kapralowi Sawickiemu, by najwyższy wzrostem kolega przekazał mi swego „diektierowa”. I choć miałem nowiutkiego mauzera, którego zdobyłem przy rozbrajaniu Niemców w Stęzarzycach musiałem wyrazić zgodę i wykonać, rozkaz to rozkaz. Z tym diektierowem przeprawiłem się przez Bug i brałem udział w walkach pod Lubartowem oraz we wszystkich akcjach bojowych, aż do złożenia broni w Skrobowie 25 lipca 1944 r., t.j. do dnia rozbrojenia przez Armię Czerwoną. Losy naszych kolegów, po ucieczce nocą z rodzinnych stron do miasta Włodzimierza Wołyńskiego, Bronka Nieczyporowskiego i Stacha Łachowskiego były podobne, tak oto wspomina po latach Bronek: „We Włodzimierzu Wołyńskim skontaktowałem się z konspiracją i udałem się do Zasmyk, skąd trafiłem do właśnie organizującej się 27 Wołyńskiej DP Armii Krajowej. Przeszedłem z naszą 27 Dywizją cały jej chlubny szlak bojowy, w Lasach Szackich byłem lekko ranny, przez Zamłynie,  Jagodzin przebijałem się w drugim rzucie. Rzekę Bug forsowaliśmy z 09 na 10 czerwca 1944 r., brałem także udział w walkach na Lubelszczyźnie. Rozbrojony zostałem 25 lipca 1944 r. w Skrobowie pod Lubartowem.” A oto krótka relacja Stanisława Łachowskiego: „Wstępując do oddziału podałem swój rok urodzenia 1926 (dokumentów nie miałem żadnych, a jedynie referencje osób, które mnie znały), gdyż obawiałem się, że młodszego wiekiem mogliby nie przyjąć. Oddział ten, dowodzony jak nadmieniłem przez sierżanta Kazimierza Sondaja ps. „Wielgi”, w styczniu 1944 r. w ramach koncentracji przed akcją „Burza” wszedł w skład I kompanii ppor. „Piotrusia Małego”, I baonu 23 pułku piechoty (zgrupowanie „Osnowa”) 27 Wołyńskiej DP AK. W tym to właśnie oddziale służyłem Bogu i Ojczyźnie pod ps. „Kamień”. W tymże miesiącu w Sieliskach całością batalionu, po nabożeństwie polowym, na ręce kapelana pułku złożyliśmy przysięgę wg. roty ustalonej dla Armii Krajowej. W ramach I kompanii brałem czynny udział w szeregu walk i akcji bojowych, których szczególne nasilenie miało miejsce w roku 1944, w ramach wspomnianej już akci „Burza”. Po rozbrojeniu naszej 27 Wołyńskiej DP AK w Skrobowie pod Lubartowem 25 lipca 1944 r., jak wielu znalazłem się w bardzo nieciekawej rzeczywistości PRL, państwa zdecydowanie wrogiego nam, byłym Akowcom. W końcu wyjechałem na Ziemie Odzyskane i tam osiadłem, gospodarując na 12 ha ziemi. Życie, rodzina i ciężka praca na roli pochłaniały mnie, nie bardzo był zatem czas i możliwości odszukania byłych towarzyszy walk na Wołyniu. Dopiero utworzenie w ramach Zarządu wojewódzkiego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZboWiD) w Szczecinie Klubu byłych żołnierzy Kresowych AK, pozwoliło mi na nawiązanie kontaktu z towarzyszami broni. I choć minęło, aż 42 lata od bojowych zaszłości, wielu z nich zaświadczyło o moim także udziale na chlubnym szlaku walk i zmagań naszej 27 Wołyńskiej DP AK .” Tyle ze wspomnień Stanisława Łachowskiego.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 972 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11324221