Wczesnym rankiem dnia 3 czerwca 1943 r. do Kołek dotarł na kilkudziesięciu furmankach uzbrojony oddział Przebrażan pod dowództwem komendanta samoobrony Henryka Cybulskiego. Bez zwłoki formowano kolumnę ewakuacyjną. Na podstawionych furmankach usadawiano przede wszystkim małe dzieci, chorych i zniedołężniałych staruszków oraz ich nędzne resztki osobistych rzeczy. Starsze dzieci i wszyscy dorośli musieli odbyć tę podróż pieszo. W nieco lepszej sytuacji byli ci, którzy zdołali uciec przed rezunami własnymi zaprzęgami. Ci mogli zabrać, oprócz podstawowych rzeczy osobistych, także trochę żywności, głównie zboża, jak również ocalone zwierzęta domowe: krowy czy parę prosiąt. Uformowana w największym pośpiechu kolumna wozów rozciągnęła się na około trzech kilometrach i około godziny 10-tej ruszyła w drogę do Przebraża. Czas naglił. Na miejsce musieli zdążyć przed nocą. Grzegorz ze swoją rodziną był już przygotowany do wyjazdu. Cały swój dotychczasowy dorobek majątkowy zmieścił na jednokonnej furmance , do której z tyłu uwiązał na postronku krowę. Oprócz najbardziej niezbędnych do przeżycia w warunkach obozowych rzeczy - trochę pościeli, resztek odzieży i kilku naczyń - zdołał jeszcze załadować parę worków żyta na chleb i owsa dla koni. To wszystko, co mogła uciągnąć jego klacz Maszka przy niewielkiej pomocy 1,5-rocznej klaczki, po raz pierwszy zaprzężonej do wozu. Kolumna utknęła już na piątym kilometrze właśnie na Rudni przy przeprawie przez rzeczkę Rudkę. Banderowcy, nie chcąc wypuścić Polaków z otoczonych przez nich ze wszystkich stron Kołek, zdążyli w tym dniu podpalić drewniany most. Uciekinierzy zastali tylko dogasające fragmenty mostu i byli zmuszeni do przeprawy w bród, co znacznie zahamowało pochód. Korzystając z chwilowego zatrzymania kolumny, dzieci Grzegorza Ziutka i Janek zdążyli jeszcze pobiec do domu, skąd zabrali z kuchni żeliwną płytę z tzw. fajerkami, niezbędną do urządzenia prowizorycznej kuchni w warunkach polowych. To było zarazem ich pożegnaniem na zawsze rodzinnego domu. Grzegorz swoją Rudnię, a właściwie tylko miejsce gdzie istniała, mógł ostatecznie pożegnać późną wiosną 1944 roku, gdy już z nakazu władz sowieckich (jako podwoda) musiał udać się z Kiwerc do Kołek.

Wtedy na byłej już kolonii, ostała się tylko jedna chata Szymona  Niżyńskiego, zajęta teraz przez ukraińską rodzinę jego sąsiada Płatona, którego zagroda została spalona przez samych banderowców podobno z zemsty za odmowę współpracy. Wtedy w Kołkach Grzegorz spotkał znajomego Ukraińca z Sitnicy, od którego dowiedział się, że jego (Grzegorza) dom nie został spalony tylko rozebrany i przeniesiony właśnie do Sitnicy przez jednego z mieszkańców tej ukraińskiej wsi: Ja wam, pane Hreśku, pokażu hde teper stoit wasza chata. Grzegorz jednak nie skorzystał z tej propozycji. Był już wieczór, gdy kolumna uciekinierów z Kołek dotarła do Przebraża. Przybysze zaczęli szukać jakichkolwiek pomieszczeń w zabudowaniach gospodarczych Przebrażan, bowiem o miejsca w domach mieszkalnych nie było można nawet marzyć. Często nawet w jednej izbie tymczasowe schronienie znajdowało kilka mniejszych rodzin. Grzegorz ze swoją trzyosobową rodziną znalazł przysłowiowy „dach nad głową” w stodole dalekiego powinowatego Paczkowskiego, którą dzielił jeszcze z trzema rodzinami wygnańców. Ważne, że jest jakieś schronienie przed deszczem. Lato w pełni. Można i trzeba wytrzymać i czekać na odmianę losu, którego nikt nie mógł przewidzieć. Zewsząd napływali wciąż nowi uciekinierzy. Zorganizowana przez komendanta cywilnego samoobrony Ludwika Malinowskiego tymczasowa administracja utrzymywała jednak ład w tym około 20-tysięcznym zbiorowisku przerażonych ludzi. Uciekinierzy solidarnie dzielili się żywnością i podstawowymi przedmiotami, niezbędnymi do przeżycia. Ważne, że uniknęli męczeńskiej śmierci z rąk ukraińskich morderców, niedawnych sąsiadów i bliskich znajomych, a czasem nawet powinowatych. Niemieckie władze okupacyjne już nawet nie reagowały na jawne bandyckie napady na polskie osiedla. Jeszcze przed rokiem za posiadanie jakiejkolwiek broni palnej bez zgody Niemców groziła kara śmierci. Teraz nie tylko „przymknęli oko” na silnie już uzbrojoną samoobronę Przebraża, ale nawet wydali załodze tej samoobrony kilkanaście sztuk zdobycznych sowieckich karabinów i spore ilości amunicji do obrony przed - jak to uzasadniali - bolszewickimi bandytami, bo tak nazywali sowieckich partyzantów, choć doskonale wiedzieli, że sprawcami napadów były zorganizowane już oddziały banderowców i obałamucona przez nich ukraińska ludność miejscowych osiedli.  Ta broń była dla Przebrażan doskonałą przykrywką właściwego uzbrojenia samoobrony, które w tym czasie było już znaczne. Obrońcy posiadali na stanie uzbrojenia broń maszynową, a nawet lekkie sowieckie moździerze. Przebrażanie spodziewali się napadu. Byli przecież solą w oku nacjonalistów z OUN, którzy jawnie już - przy wsparciu kleru, zarówno prawosławnego jak i grekokatolickiego - nawoływali ciemny lud ukraiński do wymordowania wszystkich Polaków zamieszkałych na Kresach bez względu na wiek i płeć, od niemowląt do starców w celu utworzenia Samostijnej Ukrainy. Dowództwo wojskowe samoobrony zorganizowało swoich członków na wzór wojskowy w kompanie, stosując bezwarunkowy obowiązek uczestniczenia w niej wszystkich mężczyzn zdolnych do walki, także na białą broń (siekiery, piki, widły, pałki). Ci ostatni pełnili także stałe nocne warty i stanowili rezerwę obrońców na wypadek przedarcia się banderowców przez linie obrony. Grzegorz był zaliczony do tej rezerwy i wszystkie noce spędzał na patrolowaniu wyznaczonego odcinka. Sypiał kilka godzin w ciągu dnia na wyżce w stodole. Żyli w skrajnej nędzy, głodowali niemal wszyscy, także stali mieszkańcy Przebraża . W nocy z 4 na 5 lipca banderowcy dużymi siłami zaatakowali Przebraże ze wszystkich stron jednocześnie, podpalając okoliczne zabudowania Polaków. Obrońcy z wielkim trudem odparli te ataki, ale kosztem kilkunastu ofiar. Walki trwały całą noc i następny dzień. Dopiero 17 wieczorem bandy wycofały się w kierunku Trościańca i Kołek. Zapanował okresowy spokój. Obrońcy zacieśnili system obrony, rozbudowali rowy strzeleckie i stałe punktu ogniowe (prowizoryczne bunkry), uzupełnili zasieki z drutu kolczastego, patrolowali okolicę. Wiedzieli, że to jeszcze nie koniec walki o życie. Po tym napadzie wiele rodzin Polaków opuściło przebrażeńską samoobronę, udając się do Kiwerc i Łucka, gdzie mogli jeszcze oczekiwać jeszcze jakiejś ochrony ze strony okupacyjnych władz niemieckich. Kilka rodzin, m.in. sąsiad Grzegorza Kazimierz Jabłoński , zdecydowało się na wyjazd na roboty do Niemiec. Grzegorz również podjął próbę przetrwania w bardziej znośnych warunkach i przeniósł się do Kiwerc, choć miejscowa administracja samoobrony niechętnie godziła się na opuszczanie przez ludzi Przebraża, zwłaszcza młodych mężczyzn, bo to osłabiało siły samoobrony. W Kiwercach „zamieszkał” w niewielkiej komórce, którą zaoferował mu znajomy sprzed wojny kierownik tartaku, niejaki Krutina, z pochodzenia Rosjanin, który teraz pracował przymusowo na rzecz III Rzeszy. Rodzina Grzegorza wprawdzie nadal żyła w skrajnej nędzy, ale warunki bytowania stały się nieco znośniejsze. Niestety, w listopadzie Krutina, ubolewając wymówił im i to nędzne pomieszczenie, ponieważ musiał dać schronienie jakimś swoim krewniakom, którzy uciekli przed banderowcami ze swoich wsi. Próba znalezienia innego lokum w Kiwercach nie powiodła się Tymczasem zbliżała się pora zimowa. Trzeba było wracać na Przebraże i tam szukać jakiegoś rozwiązania. Była połowa listopada. Tymczasowa administracja samoobrony musiała jakoś rozwiązać problem zakwaterowania wszystkich uchodźców w porze zimowej. Postanowiono maksymalnie zagęścić zakwaterowanie ludzi w chatach, aby zmieścić wszystkich, którzy dotychczas koczowali w stodołach, szopach czy szałasach. Grzegorzowi z rodziną wydzielono jeden z czterech kątów dość obszernej izby z glinianą polepą w poukraińskiej chałupie, zwanej tu „Hryciową Chatą”. Drugi kąt izby zajęła rodzina Skirzewskich, zaś dwa pozostałe kąty pięcioosobowa rodzina Antoniego Szpryngiela. Kuchnię, z której miały korzystać wszystkie te rodziny, praktycznie objął w swoje posiadanie Piotr Szpryngiel zwany Pietryczkiem ze swoją trzyosobową rodziną. Każda z tych rodzin w swoim kącie ustawiła nary, czyli taką prymitywną kilkuosobową pryczę z desek, na której spano i w zasadzie spędzano całe dnie. Pod tymi narami przechowywano swoje rzeczy. W takich warunkach trudno byłoby mówić o komforcie. Jakąś pociechą było tylko to, że są w miarę bezpieczni, że zima trwa tylko parę miesięcy, wreszcie pojawiła się nadzieja na rychłą już zmianę losu. Wieści, jakie dochodziły do sponiewieranych ludzi, wskazywały już na nadchodzące zmiany. Niemcy pod naporem Armii Czerwonej wycofują się szybko na zachód. Wkrótce więc Wołyń przejmą władze sowieckie, które spacyfikują bandyckie osiedla ukraińskie, przywracając swoje poprzednie porządki. Trzeba przyznać, że za tymi sowieckimi porządkami nikt z Polaków specjalnie nie tęsknił, wszak pamiętali ich rządy sprzed trzech lat (więzienia, zesłania, obowiązkowe dostawy, braki w zaopatrzeniu, łagry), ale w obliczu ludobójstwa nacjonalistów ukraińskich wydawało się to jedynym wybawieniem. Nadzieję na poprawę losu dawały także wiadomości, że wraz z Armią Czerwoną walczą z Niemcami także Polacy z Armii Polskiej, która powstała w ZSRR. Znaczyło by to, że teraz jesteśmy sojuźnikami. Grzegorz naturalnie brał czynny udział w obronie Przebraża, któremu nadal groziło niebezpieczeństwo ze strony banderowców, a którzy po wchłonięciu siostrzanych band bulbowskich przyjęli nazwę Ukraińska Powstańska Armija (UPA). Przebrażanie nie tylko umacniali swoją obronę, ale także podejmowali akcje odwetowe bądź wyprzedzające czy odstraszające. Ich celem była głównie demonstracja siły, ale także pozyskanie żywności (zboża) dla głodujących uciekinierów czy też odzyskiwanie zrabowanego przez Ukraińców  bydła. Grzegorz posiadał sprawny zaprzęg konny, więc uczestniczył w tych wypadach. Takimi były wyprawy do Omelna po zboże zebrane przez ludność ukraińską m.in. z pól polskich sąsiadów, a także wypad silnym oddziałem w dniu 23 listopada do bardziej odległej ukraińskiej wsi Źurawicze po zrabowane Polakom krowy. W dniu 13 stycznia 1944 roku Przebrażanie pośpieszyli na pomoc Polakom, którzy ostatkiem sił bronili się w zamku Radziwiłła w Ołyce.

Fragment " Odyseja Grzegorza  Szpryngela"   - Bolesław Szpryngiel. Wyszukał i wstawił B. Szarwiło za:  http://nawolyniu.pl/wspomnienia/odyseja.pdf                                                              


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp3.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 845 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11726949