27 na 28 maja 1943 roku, powiadomiono mnie o napadzie bulbowców na wieś Staryki. Wiadomość o zbrodni przyniósł zadyszany goniec, a łuna pożaru potwierdziła grozę meldunku. Udałem się natychmiast do pana Sokolowskiego z prośbą, o pozwolenie niesienia pomocy napadniętym, siłami naszej służby wartowniczej w hucie. Sokołowski na taką interwencję wyraził zgodę, ale jako dowódca żandarmerii, o aprobatę takiej akcji, musiał prosić szefa SD. W kręgach władz niemieckich podjęto rozmowy telefoniczne, przetargi i narady, a zwłoka mnożyła ofiary rezuńskich siekier. Kiedy zapadła decyzja, było już za późno na ratunek. Mając w pogotowiu 10 – osobową grupę, jechałem na pierwszym wozie, a za mną na drugim czterech żandarmów. Do palącej się jeszcze wioski, pierwsi wkroczyli doświadczeni drużynowi, a w tym „Dęboróg”. Na miejscu zbrodni stwierdziliśmy, że rezuni wycofali się gwałtownie, pozostawiając łupy i nie uprowadzając żywego inwentarza. Jak zdołałem ustalić, przyczyną wycofania się bulbowców , był atak nielicznej grupy partyzantów z organizującego się jeszcze oddziału Satanowskiego. Partyzanci znaleźli się w pobliżu przypadkowo i oddali kilka nieszkodliwych salw z karabinu maszynowego. Bulbowcy, spłoszeni atakiem spodziewanej obrony – wycofali się bez poniesienia strat. Zniszczenie wioski było jednak ogromne. Biegiem udałem się do zagrody Antonirgo Garbowskiego, który jeszcze przedwczoraj , był u mnie na naradzie i zapewniał o gotowości bojowej miejscowej Samoobrony. Tymczasem o zgrozo .... na podwórzu dogasającego domu dostrzegłem jego zmasakrowane zwłoki, miał rozrąbaną głowę, a wylewający się z czaszki mózg, zjadał wolno chodzący po podwórzu wieprzak. Ułożyłem ciało zamordowanego drużynowego na stojącym obok wozie. Rozejrzałem się po obejściu i za zgliszczami palącego się jeszcze domu, na grządkach warzywnych, ujrzałem zwłoki kobiety. Była to synowa zamordowanego, na jej zakrwawionej sukni stwierdziłem kłute rany. Nieszczęśliwą zabito widłami, kłując w brzuch. Chcąc ją dźwignąć i ułożyć na wozie obok zarąbanego zauważyłem, że zmarła kobieta przytrzymuje coś ramieniem. Odsłoniłem chustę i ....zdrętwiałem z przerażenia ! Nieżywa kurczowo ściskała niemowlę, które nadzwyczaj spokojnie ssało pierś swojej martwej matki ! Teraz, dziecko nieco wystraszone, jeszcze bardziej przytuliło się do niej i spoglądało na mnie swoimi niebieskimi oczkami.


Na odgłos polskiej mowy i widok drużyny niosącej pomoc, wypełzły ukryte w bruzdach ogrodu i pobliskich zaroślach kobiety. Ich wystraszone twarze pamiętam do dzisiaj, zamierzały dziękować za spóźnioną pomoc. Powstrzymując ich od tego zamiaru – pokazałem sierotkę, która od zaraz wymagała kobiecej opieki. Niemowlęciem zajęły się zawodzące żałośnie sąsiadki. Pytaliśmy wszyscy jak doszło do takiego dramatu, czy Samoobrona nie stawiała oporu ?. Odpowiedziano, że nie, bo do wioski weszła mała grupa partyzantów sowieckich. Byli ubrani po sowiecku, a na czapkach mieli czerwone rąby. Nasi chłopcy nic nie podejrzewali – mówiła kobieta świadek – bo poprzednio już kilka razy przychodzili ubrani podobnie, pytali, rozmawiali i odchodzili spokojnie. Nasze gosposie nawet zakrzątnęły się, aby przygotować przyjaciołom posiłek, a gospodarze gwarzyli swobodnie i posłali po samogon. Partyzanci dopytywali o Samoobronę i zapewniali pełne bezpieczeństwo, a kiedy wszystko było już przygotowane do biesiady, jeden z partyzantów wyszedł na ulicę i wystrzelił rakietę. Na ten sygnał ze wszystkich stron ruszyło natarcie z okrzykami:
- Na Liachiw ! Byj, riż, rubaj sekyroju ! Za Ukrainu ! Na Mazuriw, byj, riż ...! 

Zaskoczenie było tak nagłe i niespodziewane, że nasi chłopcy zupełnie potracili głowy i nie zdążyli nawet chwycić za broń, więc zarąbano ich bez trudności. Na te okrzyki kobiety chwyciły za małe dzieci i uciekały do ogrodów, do lasu, gdzie kto mógł. Wtedy dopiero bulbachy pokazywali co potrafią. Gwałt i lament dobijanych ludzi, szum pożaru, ryk bydła i groza męczeńskiej śmierci, tak straszna i przerażająca, że człowiek żywy był zaszokowany okrutnym widmem śmierci, padał i nic już nie czuł, chciał umrzeć razem z bliskimi i nie patrzeć na piekło, jakie stworzyli im zdziczali rezuni „Bulby” !

W tym podstępnym napadzie zginęło śmiercią męczeńską kilkadziesiąt osób. Dokładnej liczby uśmierconych nie ustalono. Była to w przybliżeniu połowa mieszkańców wioski. Większa część budynków mieszkalnych i zagród gospodarskich z uwagi na luźną ich lokalizację wśród lasu ocalała. Obrońcy z Samoobrony innych wiosek, zostali pouczeni i podstęp, którego ofiarą padły Staryki, już się nie powtórzył. Żandarmi sporządzili krótki raport o stanie zniszczenia i ilości pomordowanych, a ja notatki o podstępnym zaskoczeniu. Posłużyły mi one między innymi do instruowania i pouczeń innych oddziałów Samoobrony. Jak zdołałem ustalić, sprawcami napadu byli bulbowcy z sąsiedniej wioski ukraińskiej Karpiłówka. Wpływy OUN-u były tu bardzo silne , bo wprowadził je i utrwalił sam Taras Borowiec, który przed wybuchem wojny mieszkał w tej wiosce, będąc właścicielem czynnego kamieniołomu. W Karpiłówce pod płaszczykiem przedsiębiorcy, Borowiec rozwijał działalność OUN-u, która objęła również sąsiednie wioski Kisorycze i Borowe, oraz inne osiedla ukraińskie w rejonie Rokitna. Następstwem tej działalności przygotowawczej były zbrodnie ludobójcze w Starykach i innych polskich wioskach południowego Wołynia.

P/w fragment pochodzi z  " Pamiętnika Jerzego Dytkowskiego". Wyszukał i wstawił:  B. Szarwiło za: http://free.of.pl/w/wolynskie/wspomnienia/dytkowski_rokitno3.html