Cała rodzina poszła na pogrzeb ciotki (siostry ojca). Ja byłem chory, nie poszedłem do pracy, jak też i na pogrzeb. Około godziny dziesiątej usłyszałem walenie do drzwi. Początkowo nie mogłem zorientować się kto to. Gdy zaczęli krzyczeć po ukraińsku, wówczas uświadomiłem sobie, że to policja ukraińska. Gdy otworzyłem drzwi jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi. Po kilku uderzeniach przekonałem się. Bili kolbami we dwóch, gdzie popadło. Byłem boso w koszuli i zdążyłem naciągnąć kalesony. Zrobili rewizję. Przewracali w mieszkaniu wszystko. Nie znaleźli nic. Kazali ubierać się. Włożyłem kamasze, sweter, marynarkę. Kurtkę wziąłem w rękę i wyszliśmy. Przed domem stały sanie zaprzężone w dwa konie. Woźnicą był sąsiad Karol Czerpak. Gdy mnie zobaczył przestraszył się. Miałem rozbitą wargę, podbite oko i byłem cały zakrwawiony. Gdy jechaliśmy byłem zamroczony. Wszystko mnie bolało. Zatrzymaliśmy się w pobliżu domu kolegi Jakuba Tołysza. Ktoś nas jednak zauważył i koledze udało się uciec. Pojechaliśmy dalej. Po drodze do stacji skręciliśmy do Staszka Pawliczuka. Był w domu wraz z siostrą Karolą. Weszliśmy do mieszkania. Pierwsze pytanie brzmiało: „dlaczego nie poszedł do pracy?” (pracował na kolei). „Nie miałem w czym iść” – brzmiała odpowiedź. Zaraz przekonamy się, znajdują oficerki, kamasze, pantofle. Jego siostra zaczęła bardzo płakać widząc mnie i grożące im niebezpieczeństwo. Postawili nas we trójkę pod ścianą, siostra w środku. Pozrzucali płaszcze, pozawijali rękawy. Kolby, kopniaki poszły w ruch. Bili strasznie. Ja, po którymś uderzeniu, zachwiałem się i upadłem. Wiadro zimnej wody wylane na głowę szybko poderwało mnie na równe nogi. Bili jednak dalej. Byliśmy zalani krwią. Ważne jest jednak to, że nie robili szczegółowej rewizji, wyżywali się w sadyzmie. Bili nie tylko nas mężczyzn, ale i Karolina na równi z nami dostawała razy i kopniaki w różne części ciała. Po jakimś czasie (nie wiem godzinę czy więcej) zmęczeni usiedli, aby odpocząć. W pewnej chwili jeden z oprawców zerwał się z krzesła i wybiegł na podwórze. Karola szepnęła – „To już koniec”. Nie wiedziałem co się dzieje. Po chwil wprowadził rodzinę żydowską, małżeństwo i dwie dziewczynki (7 i 8 lat). Rodzina ta była przechowywana przez rodzinę Pawliczuków, po wcześniejszym złożeniu przyrzeczenia, że w razie wpadki nikogo nie wydadzą. Gdy ich wprowadzili, dzieci jadły chleb obłożony serkiem.

Zauważyłem, jakimi kęsami, aż połykały, żeby im nie zabrano. Rodzina żydowska była ulokowana w komórce. Tam była ich skrytka. Przed naszym przyjazdem spożywali śniadanie. Ostatnie. Karolina podczas bicia bardzo krzyczała. Oni takich tortur nie mogli wytrzymać. Postanowili uciekać. W tym czasie padał śnieg i ślady szybko były zacierane. Ukrainiec złapał ich za stodołą. Starali się tłumaczyć, że przyszli teraz. Że mieszkają w lesie w ziemiance. Zaczęło się od pytania, czy znają nas. Odpowiedzieli przeczącą. Jeden wyszedł na podwórze i przyniósł drąg. Małżeństwo przesłuchiwali, okładając drągiem. Dzieci krzycząc, czepiały się rodziców. Niczego nie mogli z nich wycisnąć. Na podłodze i suficie była krew, pościel na łóżkach była powleczona na biało. Teraz już była czerwona od krwi. Uderzył matkę dzieci w głowę. Upadła. Polali wodą i postawili na nogi. Zapytał, czy kocha swoje dzieci. Skinęła głową twierdząco. Uderzył dziecko. Upadło. Oprawca podniósł nogę i z całej siły rąbnął w główkę. Rodzice rzucili się na oprawcę. Ojciec został uderzony drągiem. Zauważyłem rozbitą głowę i drganie ciała. Z drugim dzieckiem uczynili podobnie. Rozwalił butem główkę. Mózg rozprysnął się po całym mieszkaniu. Matce rozbili głowę na połowę. Ja podobno uderzyłem bandytę, dostałem kolbą (mam wgniecenie do dziś) i straciłem przytomność. Zawieźli mnie na posterunek. Tam jeszcze bili i polewali wodą. Nie pamiętam tego, gdyż nie odczuwałem bólu. Później wyrzucili mnie za płotek na śnieg i mróz. Jak długo tam leżałem, nie wiem. Sądzili, że jestem martwy. Zabrali mnie pod wieczór i zawieźli na stację do magazynu, gdzie zrobiony był lager. Tam leżałem kilka dni i jakimś cudem udało się ojcu mnie wydostać. Nie wszyscy byli jednak tak okrutni. Mam na to dowody. Mnie zza płotu nieprzytomnego zabrał ukraiński policjant, który pilnował lagru przy stacji w Jagodzinie. Ja nie znałem go wcześniej. Nie wiem, dlaczego i w jaki sposób mnie ocalił. Przecież on musiał uzgodnić to z komendantem posterunku, jak też z tymi, którzy przed kilkoma godzinami wymordowali całą rodzinę. Miało to miejsce 6 lutego 1943 roku, Rymacze, kol. Zajezioro, pow. Luboml.

P/w  relacja pochodzi z opracowania: " WOŁYŃ 1943    Ludobójstwo Polaków na Wołyniu 1939–1945 Świadectwa ". Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Oddział w Gdańsku Gdańsk 2019 . Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 574 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11981942