W dniu 5 listopada 1941 r. wywleczono z Równego i wymordowano w jarach koło pobliskiej wsi Barmaki ponad osiemnaście tysięcy Żydów. Z tego pogromu uciekł do nas dwunastoletni syn żydowskiego tapicera. Był to jednak początek. Ludność żydowską wszystkich miast i miasteczek zgromadzono w gettach – w specjalnie strzeżonych dzielnicach. Stamtąd wyprowadzano ją na roboty, a gdy nadszedł czas zagłady – po obrabowaniu z majątku ruchomego i kosztowności stawiano nad dołami. Dziesiątki tysięcy istnień ludzkich w rozpaczy i męczarniach rozstawało się z życiem bez rozumienia przyczyn swej kaźni. Podmiejskie nieużytki zyskały rangę pomników męczeństwa, a jednocześnie pozostały ślady niezatartej hańby dla oprawców. Opróżniały się stopniowo getta wołyńskich miast i miasteczek. Najdłużej pozostawali przy życiu rzemieślnicy, lekarze i inni fachowcy. Bestia ludzka, zasmakowawszy krwi, sumienie swoje mogła głuszyć tylko dalszym jej przelewaniem. Niezatarte wspomnienie pozostało w mojej pamięci ze spotkania kompanii milicjantów ukraińskich, wracających wieczorem 13 października 1942 r. ze wsi Staromylsk do swoich kwater w Zdołbicy. Tego dnia pod nadzorem i przy współudziale Niemców prowadzili oni likwidację getta. Całe miasto żyło tym wydarzeniem. Strzelanina do uciekających lub opornych. Trupy na ulicach getta i w jego sąsiedztwie. Krzyk i lament ofiar, wściekłe szamotanie się żandarmów i milicjantów, rozjuszonych perspektywą rzezi i gniewnych za każdy przejaw obrony przed śmiercią. Giną przy tym nieostrożni nie-Żydzi. Oto jakaś ukraińska kobieta weszła do opróżnionego domu i włożyła na siebie zostawione tam futro. Nie zauważyła w pośpiechu, że na plecach znajduje się krążek z żółtego materiału, który obowiązana była nosić dotychczasowa właścicielka tego okrycia. Na najbliższej ulicy potraktowano ją jako uciekającą Żydówkę. Tejże jesieni spotkałem we wsi Józefówka koło Hulczy znajomego milicjanta, Bondara. Pochodził z rodziny, z którą łączyły mnie przyjazne stosunki.

Po przywitaniu oznajmił mi protekcjonalnym tonem: – Robimy porządek z Żydami. Polacy tymczasem mogą pracować. Nie mamy rozkazu (…). Już w roku 1942 polskie wsie przeżyły niejeden akt zbrodni, dokonanej przez organizatorów UPA na wybitniejszych lub zamożniejszych obywatelach. Początkowo napady te ograniczały do rabunku mienia i katowania mężczyzn. Później zaczęto ich wybijać, nie czyniąc szkody kobietom i dzieciom. Na przełomie pierwszego i drugiego kwartału 1943 r. były już organizowane powszechne masakry bez względu na wiek i płeć. Nie szczędzono przy tym wyszukanych tortur. Punktem zwrotnym i nasilającym tę akcję była rezygnacja ukraińskiej milicji ze służby Niemcom. Miało to miejsce w marcu 1943 r. we wszystkich miastach Wołynia. Wiadomość o tym zaskoczyła wszystkich. Wydawało się bowiem, że oddziały tej milicji, związane z Niemcami wspólną zbrodnią dokonaną na Żydach, nie znajdą oparcia w ojczystym środowisku, a więc nie opuszczą swoich protektorów i wychowawców. Decyzja pójścia milicji do lasu była jednym z ukartowanych posunięć banderowców. Był to akt kończący organizowanie do walki wsi i ukraińskiej ludności miast. Przez wioski przeszedł już podawany z rąk do rąk symboliczny bochen chleba, znak dojrzałości organizacyjnej czy politycznej mieszkańców. Gdy chleb nie powrócił do punktu wyjściowego, znaczyło to, że wieś nie jest jeszcze gotowa do spełnienia misji, wyznaczonej przez prowodyrów. Biada temu, kto spowodował przerwę w tej sztafecie. Opodal wsi lub w ich środku stały ozdobione krzyże – znak gotowości do wyniszczenia wszystkiego, co nie jest ukraińskie.

P/w  relacja pochodzi z opracowania: " WOŁYŃ 1943    Ludobójstwo Polaków na Wołyniu 1939–1945 Świadectwa ". Instytut Pamięci Narodowej Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Oddział w Gdańsku Gdańsk 2019 . Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło