Urbansky [...] był to dość dziwny człowiek. Raczej dziwny Niemiec. Był szefem kolejowej stołówki i tak zwanej kooperatywy, gdzie rozdzielano przydziałowe produkty dla tubylczych robotników kolejowych. Bo Kowel jako miasto zawdzięczał swój rozwój a później także całkowitą zagładę właśnie kolei. Ona powodowała, że stanowił ważny punkt strategiczny. Otóż ten Niemiec nazywał się Alfred Urbansky (imię i nazwisko prawdziwe). Pochodził z Wrocławia, z zawodu był rzeźnikiem a teraz urzędnikiem niemieckich kolei. Miał około 40 lat. Z wyglądu trudno było go zakwalifikować do Herrenvolku; średniego wzrostu, przysadzisty, o krzywych nogach. Do tego łysy, z resztkami rudych włosów, z hakowatym nosem, małymi, skośnymi oczkami, sterczącymi, „końskimi” zębami. Nie był funkcjonariuszem wysokiej rangi, ale miał duże znaczenie nawet wśród niemieckich kolejarzy wyższych stopni, prawdopodobnie ze względu na jakąś swoją znaczącą funkcję w NSDAP. Kiedyś jak sobie podpił (a robił to dość często, nie gardząc nawet buraczanym samogonem), chwalił się, że jest jednym z pierwszych członków tej partii. W naszym przedsiębiorstwie, nazywającym się po niemiecku Werkküche, pracowało jeszcze dwóch Niemców, dwie pracownice biurowe – Polki, czworo sprzedawców (a właściwie wydawców) kartkowych przydziałów, kilku robotników i około dziesięć dziewczyn i kobiet zatrudnionych w kuchni. Ja z Wickiem Ż. byliśmy od transportu, to jest tragarzami i pod jego, Urbanskyego, komendą pracowaliśmy prawie dwa lata. Był on bardzo wymagający ale sprawiedliwy. Miał swoje dobre strony i cechy typowo niemieckie. To nas szczególnie drażniło i zmuszało od ciągłej czujności. To był przymus stałej pracy lub jej udawania. Uważaliśmy, że każdą robotę należy wykonać dobrze i szybko, a jak jej nie ma, można się obijać po kątach. Niemcy tego nie znosili. Zawsze trzeba było coś robić, czy to było konieczne, czy nie. Urbansky, jak zauważył, że siedzimy gdzieś w kącie albo nie widział nas pracujących, zaraz darł gębę. Najczęściej wołał: – Saube machen!

Wystarczyło wziąć miotłę i łazić z nią po podwórzu czasem machając a szef był zadowolony. Znakomity sposób znalazł na niego Wicek. Siadał przed drewutnią, żeby go było widać, brał na kolana starą piłę i udawał, że j ą ostrzy. To nie wymagało żadnego wysiłku i było nie do wykrycia. Ale tak naprawdę mało było takich chwil oddechu. Przeważnie uwijaliśmy się przez osiem i więcej godzin, zwożąc różne produkty do sklepu i stołówki, także opał. Jedyne co tolerował, to nasze popisy w podnoszeniu ciężarów, w których sam też często brał udział. Mieliśmy taki dwupudowy (32 kg) odważnik, który służył do tych ćwiczeń. Przodował w nich Wicek, ja również niewiele odstawałem. Urbansky początkowo był lepszy ode mnie (miałem wtedy osiemnaście lat), ale wkrótce prześcignąłem go a on przyjął to godnie, jak prawdziwy sportowiec. Nasz szef szanował każdą, także naszą, pracę. Zdarzało się nawet, że przy załadunku dużego samochodu, zwłaszcza poza miastem, gdy my byliśmy bardzo zmęczeni, zdejmował swój elegancki mundur i pomagał nam. Podejrzewałem, że robi to ze strachu, bo bardzo bał się ruskich partyzantów i chciał jak najszybciej odjechać. Nie pozwalał innym wtrącać się do naszej pracy ani też wykorzystywać nas do innej; bronił nas jak swojej własności. Był krzykliwy, ale nigdy nie pozwolił sobie ja jakakolwiek brutalność względem nas. Zawsze udawał ważnego, szczególnie przed obcymi. Jemu zawdzięczam, że uniknąłem wyjazdu na przymusowe roboty do Niemiec. Pracujący tu Niemcy, jego pomocnicy, zmieniali się dość często, bo był wobec nich jeszcze bardziej wymagający. Zdarzyło się raz, że dźwigając worek z mąk ą w ciasnym korytarzu obok magazynu, otarłem się o jednego z nich. Nazywał się Krugg; był to bardzo młody, niski tłuścioch z małymi, świńskimi oczkami, berlińczyk (a berlińczyków Urbanski szczególnie nie znosił; dla niego liczył się tylko „Stadt Breslau und Niederschlesien”). Krugg pchnął mnie wściekły a wtedy ja zataczając się przycisnąłem go workiem do ściany. Zrobiła się awantura. Niemiec wyjął pistolet i grożąc nim chciał mnie uderzyć. Coś przy tym wykrzykiwał, trudno było zrozumieć. Przypadkowo świadkiem zdarzenia była szefowa kuchni – rodowita Niemka, ale urodzona i wychowana od dziecka na Wołyniu. Narobiła wrzasku i zawołała szefa. Przybiegł, poczerwieniał ze złości, wyrwał Kruggowi pistolet i przepędził popychając bezceremonialnie przed sobą. Drugiego dnia i następnego nie widzieliśmy Krugga. Spytaliśmy o niego szefa, na co ten z uśmiechem pijanego satyra powiedział: – On lubi się bić i strzelać, no to jest w drodze ... nach Ostfront. Nie wiem, czy to była prawda, widać jednak, że wiele mógł. Miał swoje nawyki, które musieliśmy znosić. Jednym z nich było przychodzenie do nas do domu. Mówił po prostu – przyjdę jutro do ciebie. Wtedy trzeba był przygotować coś do przegryzienia i oczywiście samogon. Przyszedł, zjadł, wypił, pokazał zdjęcia rodziny, warsztatu, widoki ze Śląska, coś nagadał i zadowolony wracał do siebie. Nie umiał ani słowa po polsku. Podejrzewaliśmy, że tylko się z tym kryje, ale szybko zorientowaliśmy się, że tak było naprawdę, co nas zdziwiło, bo Niemcy ze Śląska przeważnie znali lub przynajmniej trochę rozumieli polski. Porozumiewaliśmy się swobodnie, bo uczyłem się niemieckiego przez dwa lata w gimnazjum a przez ciągłe od 1941 roku kontakty w pracy opanowałem go na tyle, że Niemcy rozumieli mnie dobrze i często musiałem tłumaczyć. Śmiesznie było, gdy musiałem pośredniczyć między Niemcem a Ukraińcem czy Rosjaninem; wtedy ja tłumaczyłem na polski a Wicek na ukraiński lub rosyjski. Odwrotnie nie potrzebowałem jego pomocy. Urbansky przeważnie dwa razy w roku wyjeżdżał na urlop. Związany był z tym cały ceremoniał. Bezpośredni pociąg z Kowla do Wrocławia odjeżdżał późnym popołudniem. Nie zmuszał nas, ale wyraźnie oczekiwał, żebyśmy odprowadzili go na stację. Ja za pierwszym razem buntowałem się, ale przekonany przez mojego kompana poszedłem. Jak zawsze wtedy przychodziliśmy czysto ubrani, pomagaliśmy szefowi nieść mocno wyładowane walizki, podawaliśmy mu je do wagonu. Po zajęciu miejsca Urbansky wychodził na peron, częstował papierosami, które wypalał Wicek i ostentacyjnie żegnał się z nami, co budziło dezaprobatę a nawet oburzenie innych niemieckich pasażerów. Tak samo wychodziliśmy po niego, gdy wracał z urlopu. Ceremonia powtarzała się; witał się z nami, potem odprowadzaliśmy go do domu. Tym razem walizki były mniej wypakowane. Za każdym razem przywoził nam jakieś drobne upominki – przeważnie scyzoryki, nożyczki i inne drobiazgi. Raz dostałem od niego ... wieczne pióro. Kiedyś przywiózł nawet gliniane, ozdobne kufle. Zawsze dostawaliśmy też od niego wrocławskie piwo. Jak zauważyliśmy, miał duże znaczenie wśród władz dyrekcji kolejowej (Deutscher Eisenbahnbetriebsdirektion Kowel) i nie tylko. Raz wieczorem przyszła do nas żona jednego z robotników, koleżanka mojej siostry. Była roztrzęsiona i zapłakana. – Ratuj, Sergiusza zabrało gestapo! Co ja mogłem zrobić. Trochę zaniepokoiłem się, bo Sergiusz dużo wiedział, ale poszedłem zaraz do szefa i powiedziałem o tym. Rozmowa była krótka. – Polityka? Bandyta? – Nie, szmugiel! – odpowiedziałem. Urbansky machnął ręką. – Powiedz jego żonie, że jak nie kłamie, to zaraz będzie w domu, a jak kłamie, to będzie wisiał. Zaśmiał się przy tym głupkowato, jakby powiedział dobry kawał. I rzeczywiście rano nieco przestraszony Sergiusz był już w pracy. Przez kilka następnych dni chyba z tego powodu Niemiec chodził (?) zalany w trupa. Urbansky ufał nam. Nasze drobne handelki i kombinacje nie obchodziły go, udawał, że ich nie widzi. A my z Wickiem mieliśmy swoje sposoby na zdobycie czegoś dla siebie we młynie, w piekarni czy rzeźni, szczególnie podczas wyjazdów w teren. A było dla kogo. Wicek miał trzydzieści sześć, może siedem lat i sześcioro dzieci (siódme w drodze). Swoim zachowaniem Urbansky zmuszał nas do solidnej pracy, czego nie miałby od nas inny Niemiec. Oczywiście nikt nawet nie mógł domyślać się, że w tym miejscu był od 1942 roku kontaktowy punkt konspiracyjny, dobry ze względu na dużą ilość osób, przychodzących codziennie do stołówki. Był to cały kombinat, wydawano tu ponad osiemset obiadów każdego dnia. Ale to już zupełnie inny temat. Urbansky często mówił, że jak skończy się wojna, to mam przyjechać do Wrocławia, gdzie znajdzie mi dobrą pracę, może nawet w fabryce wagonów. Tak było do czasu mojego pójścia do lasu. W końcu 1943 roku widać było wyraźne oznaki zbliżania się frontu. Niemcy szykowali się do wyjazdu, w mieście zwiększyła się ilość patroli żandarmerii, które teraz bardziej interesowały się swoimi żołnierzami niż miejscową ludnością. Prawdopodobnie nasiliły się przypadki dezercji. W pierwszych dniach stycznia 1944 roku, kiedy wojska sowieckie przekroczyły polska granicę, już bez żadnego kamuflażu rozpoczęła się ewakuacja. Wtedy (15 stycznia 1944 r.) Komendant Okręgu Wołyńskiego AK zarządził mobilizację oddziałów. W ciągu dwóch dni wyszło z miasta około dwóch tysięcy żołnierzy konspiracji. Niewiarygodne, ale Niemcy zorientowali się dopiero po kilku dniach, gdy w pracy brakło większości robotników, zwłaszcza tych młodszych. Co było później, znam tylko z opowiadań Matki. Dwa lub trzy dni po moim wyjściu wpadł do nas Urbansky. Przyprowadził ze sobą tłumacza, jednego z pracowników. Wszedł do mieszkania i od razu w krzyk: – Wo ist Eugen? – Gdzie jest Eugeniusz? – powtórzył tłumacz. – Pojechał szukać rodzinę do Kielc. My też chcemy wyjechać, boimy się bolszewików, oni zabili mojego męża. Syn wróci za parę dni – mówiła chaotycznie Matka Tak się umówiliśmy. Niemiec pienił się: – Falsch! Nieprawda! On uciekł do partyzantów, to bandyta, my jego złapiemy i ja go sam zastrzelę! – wrzeszczał łapiąc za swój pistolet. Wrzaski i pogróżki trwały kilka minut. W końcu uspokoił się nieco. – Matka, jutro rano przyjdź do Werkküche, ale na pewno! – powiedział groźnie i dodał – A my jego i tak złapiemy, i powiesimy! Już wychodząc zarechotał, z podziwem czy z niedowierzaniem. – Eugen partizant? Eugen bandit? – Herrgotthimmelkreutzdonnervetterkruzifikssacrament alleluja! – zatrzymał się i dodał z przyciskiem – Noch ein mal! No, no ... Następnego dnia Matka wysłała na wszelki wypadek moje siostry do znajomych na drugi koniec miasta i poszła do Werkküche. Zobaczyła Urbanskyego wychodzącego ze swojej kancelarii. – Gdzie masz worek? – zapytał. – ... – Ach! – machnął ręką – Komm! Otworzył magazyn, znalazł worek, jakieś torby i ... naładował kaszy, makaronu, soli, chleba a nawet trochę cukru a potem powiedział: – Rauss! To jeszcze nie koniec. Potem było oblężenie Kowla i dopiero w końcu maja, po odblokowaniu okrążenia pozostali jeszcze mieszkańcy miasta zostali ewakuowani do Chełma. Otóż idąc raz ulicą Matka spotkała ... mojego byłego szefa. Chciała go minąć  niepostrzeżenie, ale był szybszy. Poznał j ą (był przecież u nas kilka razy) i zatrzymał. – No, wo ist dein Sohn, der Bandit? Kaput? Żadne tłumaczenia nie pomogły. Powtórzyła się scena jak w styczniu. Zaprowadził Matkę do stojącego na bocznicy pociągu, otworzył wagon, załadował worek, coś tam nagadał, nagroził i tak się skończyło. – Uratował nas przed głodem – wspominała Matka. Jaki był jego koniec, nie wiem; podobno zginął w czasie nalotu na pociąg gdzieś tuż pod Wrocławiem.

P/w fragment wspomnień pochodzi z książki Eugeniusza Rachwalskiego "Kartki wydarte z życiorysu" Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło