W piśmie "Do zbroji" (pol. "Do broni"), które wydawała UPA, z sierpnia 1943 roku, Bohdan Wusenko pisał: "Naród ukraiński wstąpił na drogę zdecydowanej rozprawy zbrojnej z cudzoziemcami i nie zejdzie z niej dopóki ostatniego cudzoziemca nie przepędzi do jego kraju albo do mogiły". Jednocześnie miejscowi  Ukraińcy zapewniali, że "dobrzy Polacy" tacy jak ich sąsiedzi, nie zostaną (by użyć języka tamtych czasów) "wyrżnięci". Były to niestety tylko prymitywne podstępy. Jeden z nich przytacza  Karol Chwała, który opisuje zagładę wsi Sokołówka gm. Olesk. Jeszcze w lipcu 1943 r. upowcy zwołali zebranie Polaków, mieszkańców Sokołówki i Jasienówki (gm. Olesk), w sąsiedniej ukraińskiej wsi Krać i zapewnili, że Polacy mogą spokojnie pracować, nie bać się o swoje życie, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają Ukraińcy. Wieści o mordowaniu Polaków określili niemiecką propagandą. To  Niemcy przebierają się za partyzantów ukraińskich i mordują Polaków, chcąc w ten sposób skłócić Polaków z Ukraińcami. Prawda ujawniła się 28 sierpnia 1943 r.: rano wioska została otoczona, a jej mieszkańcy kompletnie wymordowani. Akcją dowodził Mikołaj Dembyćki ze wsi Krać, a wspomagali go chłopi ukraińscy z innych okolicznych wsi, w okrutnych mękach zginęło blisko 200 osób. [ Za: Władysław i Ewa Siemaszko, Ludobójstwo …]

15 sierpnia 1943 r. kierownictwo UPA usankcjonowało grabieże, wydając dekret o przekazaniu Ukraińcom całej ziemi polskich kolonistów. Spowodowało to, że miejscowa ludność chętnie i tłumnie uczestniczyła w zbrodniach, które traktowano jako akt sprawiedliwości dziejowej i historyczny odwet za wieki upokorzeń, krzywd i poddaństwa.

Dowództwo Armii Krajowej doskonale wiedziało o zbrodniach popełnianych na ludności polskiej przez Ukraińców co jest widoczne w wysyłanych na Zachód raportach. Raport gen. Tadeusza Komorowskiego ps. "Bór" z 19 sierpnia 1943r., do rządu w Londynie, bez ogródek nazywa tę zbrodnią ,,rzezią’’. Ten dramatyczny raport jest świadectwem potwornych zbrodni jakich dokonywano na ludności polskiej Wołynia.   Rodzi się pytanie dlaczego Polacy nadal czekali, żyjąc w tej niepewności? Czytając wspomnienia, jawi się obraz: w sierpniu 1943 roku żywiono nadzieję, że zanim ucieczka stanie się konieczna, uda się skończyć żniwa. Poza naturalną skłonnością ludzi do niewiary w to, co niewyobrażalne, to pozostaje jeszcze zwykłe u rolników pragnienie zebrania plonów, by uniknąć widma głodu. Tymczasem sierpniowa akcja ta została starannie przygotowana przez kierownictwo UPA. Cztery dni przed jej rozpoczęciem organizowano spotkania w ukraińskich wsiach i uświadamiano mieszkańców o konieczności eksterminacji Polaków. Posługiwano się hasłem: „Wyrżnąć Lachów aż do 7 pokolenia, nie wyłączając tych, którzy nie mówią już po polsku” Taktyka nacjonalistów ukraińskich stosowana podczas eksterminacji każdej z polskich wsi była zawsze taka sama. Polegała ona na tym, że oddziały UPA otaczały daną miejscowość tak, aby nikt nie mógł z niej ujść, następnie inne pododdziały wchodziły do wsi, zganiały Polaków na jedno miejsce (np. do stodoły, budynku szkolnego) i tam dokonywały masowego mordu. Po dokonanej masakrze do wsi na furmankach wjeżdżały grupy rabunkowe, złożone głównie z kobiet, i zabierały wszystko co pozostało po zamordowanych Polakach, od odzieży do elementów budowlanych. Po kilku dniach, gdy wszystko się uspokoiło i niektórzy ocaleli Polacy wracali do wsi, oddziały UPA ponownie atakowały wieś, mordowały Polaków i paliły budynki. W sierpniu 1943 roku rzezie objęły powiaty: włodzimierski, kowelski, horochowski i rówieński. Pod koniec miesiąca mordy ponownie przybrały na sile i objęły powiat lubomelski. 29 sierpnia Polacy ginęli w co najmniej 54 miejscowościach tych powiatów, a 30 i 31 sierpnia w co najmniej 31 miejscowościach. Sierpniowe ludobójstwo pochłonęło ponad 8 tysięcy ofiar. To w sierpniu 1943 r. jak piszą historycy, na Wołyniu powstały trzy zagony UPA : „Kołowyna”, „Ozero” i „im. Bohuna”.  Na  III Nadzwyczajnym  Zgromadzeniu OUN antypolskie działania uzyskały aprobatę nowego szefa Centralnego Prowydu  OUN-B Romana Szuchewycza. Również w sierpniu znacznie zwiększyła się liczba oddziałów  u "Rudego" (Jurij Stelmaszczuk ) odpowiedzialny za akcje w pow. kowelskim i między innymi w lubomelskim. Jednym z nich był: „Buh”, którym dowodził Iwan Kłymczak ps. „Łysyj” (od lata 1943 r.); sztab kurenia przebywał we wsi Połapy (gm. Zagorany, pow. Luboml) i swoim działaniem obejmował ten powiat. Składał się z dwóch sotni bez kryptonimów, którymi dowodzili: W. Petluk ps. "Zaliżniak" ( do pażdziernika) później Kostia Kwiatkowski ps. „Bohdan” i Ołeksandr Nykrytycz  ps. „Woron”. Kureń którym dowodził "Łysyj" otrzymał rozkaz likwidacji ludności polskiej w pow. lubomelskim. Przy wsparciu "czerni" z lokalnych wiosek ukraińskich, w dniach 29-30 sierpnia 1943 roku UPA napadła na co najmniej 34 miejscowości tego powiatu mordując ok. 2,5 tys. Polaków.  Dokonano napadu jednocześnie na  wsie i kolonie w gminie Bereżce: – Kolonia Czmykos, gdzie zginęło ponad 150 osób, we wsi Jankowce, zamordowano ponad 80 osób, we wsi Kąty, zginęło ok. 210 Polaków i 3 Ukraińców, we wsi Sawosze, zginęło ok. 10 Polaków , we wsi Sztuń, brak danych, we wsi Terebejki, zamordowano ok. 10 Polaków. Podobnie w gminie Hołowno  nie ma danych. W gminie Huszcza: – Folwark Kaznopol, zginęło 6  osób, we wsi Ostrówki, zamordowano w niezwykle okrutny sposób 470 Polaków ,  w Woli Ostrowieckiej,  w podobny sposób zamordowano 570 Polaków, w kolonii Zamostecze, zginęło ok. 40 Polaków i Holendrów (Olendrów), w kolonii  Piotrówka, brak danych; we wsi  Przekurka, zginęło 9 Polaków, we wsi Równo, zamordowano ok. 40 Polaków. W gminie Luboml została zamordowana bliżej nie określona grupa Polaków w następujących miejscowościach: Radziechów, Borki, Leśniaki, Kol. Łany, Maszów, Zapole. Poniżej prezeentuję  fragmenty relacji kilku świadków tych zbrodni. Henryk  Kloc- " miałem 13 lat mieszkałem we wsi Wola Ostrowiecka:29 sierpnia ,[…] Około godz.8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą; sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców.  […]  Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów.[…]  pozostały kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów, brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastoosobowe grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to za chwilę nastąpi.[…] Do izb lekcyjnych, w których byliśmy zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część osób - innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści: jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów, wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. […]  Nie pamiętam, jak znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał i dużo, bardzo dużo krwi. [....]  Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja – żywy pośród zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy."  Mordu w Woli Ostrowieckiej  dokonał kureń dowodzony przez Iwana Kłymczaka „Łysego” dokonał masakry ludności polskiej zabijając 628 Polaków i 7 Żydów, w tym 220 dzieci do lat 14. W mordzie uczestniczyła również ludność ukraińska z sąsiednich wsi. W dzień później ci sami bandyci wymordowali  Polaków w sąsiednich Ostrówkach.

Czesław Kuwałek ( Ostrówki): W dniu 29 IX 1943 r., w niedzielę po południu, doszła wiadomość, że zostaną wymordowane polskie wioski. Reakcje ludności były różne: jedni nie wierzyli w to, że ktoś tak ot sobie może przyjść i bez żadnej przyczyny wymordować polskie wsie, inni proponowali, aby wyjechać z rodzinami do Jagodzina, a jeszcze inni chcieli wioski bronić. Ta trzecia grupa dominowa­ła. Niestety, w tej grupie nie było ani jednego człowieka, który by znał się na rzemiośle wojennym i miał jaki taki autorytet. Brak było też rozeznania co do siły i uzbrojenia napastników. W nocy z 29/30 IX 43 r. koło mego domu uformowała się kolumna wo­zów, załadowanych rodzinami chcącymi opuścić wioskę, ale niestety, zostali zawróceni w celu obrony wsi i to spowodowało, że niepotrzebnie zginęło aż tylu ludzi, bo około 480 osób. Wczesnym rankiem dnia 30 IX 43 r. wieś została ostrzelana na całej długości od strony południowej z broni maszynowej. Droga do Jagodzina została odcięta i gdyby nie wzniesienie, zza którego strzelali upowcy, wieś na pewno by się spaliła. (...) Kiedy od strony Zapola wkraczał tłum Ukraińców obojga płci z widłami i siekierami, wycofałem się w głąb wioski z myślą że nie dam się zarąbać. (Pan Czesław uratował się chowając wśród pokrzyw i łopianu pod płotem, do czasu aż do wioski weszli Niemcy.)

Tomasz Trusiuk ( Ostrówki):  "Miałem wówczas niespełna 14 lat. W przeddzień mordu, jak to na Wołyniu bywało, pasłem krowy, bo taki obowiązek mieli u nas kilkunastoletni chłopcy. Wieczorem po przyprowadzeniu bydła zastałem całą rodzinę poruszoną wieścią, że Ukraińcy
szykują nazajutrz rzeź.
O niebezpieczeństwie mówił wcześniej ksiądz w niedzielnym kazaniu, ale najbardziej przestraszyła nas wiadomość pochodząca od Polki, mieszkanki sąsiedniej Woli Ostrowieckiej, która była w pobliskiej ukraińskiej wsi Sokół i widziała tam zbierających się – jak to u nas mówiono – bulbowców. Usłyszała, że szykują się, by wybić wszystkich Polaków w okolicy. Chodziło m.in. o Ostrówki i Wolę Ostrowiecką, Jankowce, Rymacze, Jagodzin, Kąty i inne wsie. Nie wszyscy. Ludzie starsi zlekceważyli je, mówiąc, że to niemożliwe. Twierdzili, że przeżyli ze swoimi sąsiadami Ukraińcami tyle lat, dobrze ich znają i nic nam od nich nie grozi. Ale wśród przeważającej części mieszkańców zapanował strach. Ludzie postanowili tej nocy nie spać w domach, ale schronić się na polach, przeważnie w zbożu, które było jeszcze częściowo nieskoszone. Jednak nad ranem, widząc, że nic się nie dzieje, powrócili do domów i poszli spać. Między godz. 4.00 a 5.00 usłyszeliśmy strzały karabinowe i z broni maszynowej. Ludzie w popłochu wybiegali na dwór, ale uciekać za bardzo nie było gdzie, bo wieś została obstawiona przez bandytów z UPA. Zawracali mieszkańców chcących opuścić wieś i zganiali wszystkich pod szkołę na rzekome zebranie. ( Pan Tomasz uratował się chowając na strychu szkoły, której napastnicy nie zdążyli podpalić, ostrzelani przez Niemców.) Aleksander Pradun wieś Ostrówki:  " W poniedziałek 30 sierpnia 1943 r. o świcie zaczęła się strzelanina od strony leśnych ostępów. Ludzie w panice biegli w stronę Jagodzina, bliżej ku stacji kolejowej. Strzelający długimi seriami z broni maszynowej wzięli w krzyżowy ogień uciekających równina ludzi. Chciano ich zatrzymać. O ucieczce nie było mowy. W tym samym czasie za wsią ukazali się na koniach jeźdźcy, którzy grzecznie zawracali uciekających. Uciekałem razem z mamą. Znaleźliśmy się w bruzdach ziemniaczanych około 400 metrów od budynków. Leżąc mówiliśmy, że gdy przestaną strzelać, to będziemy uciekać do Jagodzina. O tej porze żadnych zbóż nie było. Leżąc w tych bruzdach byliśmy widoczni dla bulbowców na koniach. Podjeżdżali i spędzali ludzi na zebranie do wsi. […] …… „bulbowcy” podchodzili i grzecznie zapraszali na zebranie do szkoły. Potem odchodzili, jakby nic nie miało się stać. Wróciliśmy z mamą na nasze podwórko. [….]  Było to około godziny 9 i teraz już bardziej wyraźnie widać było, że stawali się natrętni. Jeśli dopadli kilkoro ludzi, to już nie pozostawiali, a zaczęli odprowadzać do szkoły, co zwróciło uwagę pozostałych, którzy zza opłotków patrzyli gdzieś z ukrycia. Wówczas zaczęli się chować, gdzie kto mógł. […]Wokół szkoły zaczął się zaciskać pierścień z banderowców. Zaczęli siłą zapędzać mężczyzn i młodzieńców do szkoły, a kobiety, dzieci, staruszkowie pozostali na placu szkolnym. W tym momencie wyszła ze szkoły Pani Bladowa, mieszkająca w szkole, ze swym synkiem Czarkiem. Stanęła przed ludźmi i powiedziała te słowa: „ Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, więc klękajmy i módlmy się. […] Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała grupa chłopów, też bulbowców. Byli uzbrojeni w siekiery, pijani, śmiali się głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą nas bić………zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się wokół kościoła wybuchy jakby z granatu. […]  Naraz otworzyły się frontowe drzwi, ukazało się w nich paru bulbowców z wymierzoną w nas bronią i zapowiedzieli, że mamy wychodzić z kościoła i „ ne próbujte wtykaty”, bo jesteście obstawieni. Każdy kto zechce uciekać, zostanie rozstrzelany. Zaczęliśmy wychodzić i zobaczyliśmy, że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona jak poprzednio. Bulbowcy stali jeden przy drugim z bronią w ręku do strzału. Byli bardzo podenerwowani. Niektórzy pytali między sobą, gdzie oni nas popędzą i dlaczego tak pospiesznie. […] Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów, jeden obok drugiego. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. […]  Ludzie zaczęli mówić, że to chyba Niemcy. Ludzie się nie kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie nawoływali do szybkiego marszu. Ludzie zobaczyli, że oni się boją tych strzałów więc mówią między sobą, żeby uciekać w stronę wsi. […]ak się później okazało byli to Niemcy. Jechali niby na odsiecz zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce, bo Kąty były już wymordowane. Zamiast jechać z Lubomia do Ostrówek (12 km), pojechali okrężną drogą, na Jagodzin, Wilczy Przewóz. Równo, Borowę, Ostrówki. Była to musztarda po obiedzie. Zobaczyli, że jeszcze są bulbowcy i nas pędzą, więc zaczęli strzelać. […] ….weszliśmy na niedużą polankę koło lasu, otoczoną z trzech stron olszyną. […] Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie grubsza odzież. Krzyczeli, by wychodzić z gromady po dziesięć osób na środek polany.[…]  Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my żywi musieliśmy na te tragedię patrzeć. Patrzeć jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki, synowie, bo byli wszyscy ze sobą spokrewnieni. […] I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg, gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie żałując przy tym razów. […]  Nadeszła moja kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach. Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności. Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością. Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania, pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją na miejscu. (...)  Uniosłem się nieco wyżej i powiedziałem półgłosem: „Kto żywy niech ucieka”. Poderwałem się i odbiegłem około 50 metrów od pobojowiska w łubin. Położyłem się z brzegu tak, aby nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po polanie i po trupach, czy ktoś nie poderwie się do ucieczki. Widzę, że ktoś wstaje i biegnie w moją stronę, do tego łubinu. Poznaję. Jest to mój brat cioteczny Paweł Jasieńczak.  Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką, aby biegł do mnie. Przebiegł, położył się obok mnie. Widzimy, że znowu jakaś kobieta z dzieckiem podbiega do zarośli. My natomiast zaczęliśmy się ostrożnie czołgać tym łubinem w stronę krzaków. Gdy biliśmy parę kroków od nich, szybko tam wskoczyliśmy. W tych krzakach spotkaliśmy tę kobietę, która wcześniej zbiegła z dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej . Płakała i mówiła, jak sobie poradzi z dwójką malutkich dzieci. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki. Powiedziałem do niej, że jakoś musimy dostać się do Jagodzina. Dodałem, że z pobojowiska wyszła ranna w głowę Janina Kuwałek, obecnie Martosińska. Mówiła, że ciotka Wikta też była ranna i prosiła o pomoc Jankę, ale Janka jej rzekła: Cóż ja ci pomogę, ja sama ledwo co żyję”. Pomogła jej wstać, ale nie dały rady. Tak moja ciotka bez pomocy, z dala od ludzi, umarła. Wzięliśmy dzieci. Ja jedno, Paweł drugie na plecy i zaczęliśmy powoli i ostrożnie iść w stronę Jagodzina." (...)Ludzie z Jagodzina wypytywali nas, jakim cudem ocaleliśmy i co widzieliśmy, ale jakoś nie było chęci do rozmowy.

W Ostrówkach zostało zamordowanych w sposób niezwykle okrutny 475 osób, w tym 145 mężczyzn, 125 kobiet i 204 dzieci. „Łysy” napisał w sprawozdaniu do kierownictwa OUN: „…. przeprowadziłem akcje we wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki głowniańskiego rejonu. Zlikwidowałem wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia”.

 Stefania Sawicka z d.  Macegoniuk ze wsi Kąty: " Niedziela 30 sierpnia w nocy straszny stukot w okno -"Oczyniaj skarej!". Tato był na strychu, a mama otworzyła. Weszło ich może z dziesięciu - "Swyty lampu!". Mama ze strachu nie mogła zapałek znaleźć. Krzyczy "Skarej! Wychody!". Wygnali nas do sieni i pytają się - "A gdie twyj czołowik?". A mama zauważyła siekierę. Siostra Kasia, która miała 16 lat zaczęła prosić - "Dzieduniu nie bijcie nas, co my komu zrobili, nie bijcie!". Ja to usłyszałam i mnie w uszach zadzwoniło, i upadłam bez pamięci. Mama obuchem w czoło dostała. Czaszka pękła, ale do mózgu nie doszło. A siostrę ostrzem na pół czaszka była rozrąbana. Ale pierwsza tura nie paliła tylko zabijała. Nie wiem jaki to cud, że nas nie zaciągnęli do studni. Bo wszystkie studnie były zarzucone trupami. Zanim druga tura przyszła palić to mama się obudziła i podniosła Kasię, a ona nieżywa. Podnosi mnie, a ja się ruszam. Ale nic nie pamiętam. Krwi zeszła okropna kałuża. Wzięła mnie na plecy i wszystkimi siłami po drabinie zatargała mnie na strych, a tato w kąteczku siedział i usłyszał, że ktoś się wskrobał na strych, i myślał, że jego szukają. A mnie zerwały wymioty, a uchem krew poszła. Czaszka wgięta i nic nie pamiętam. Jak tato usłyszał, że ze mnie rwą wymioty, a nie wiedział kto, krzyknął - " Kto jest na strychu, to niech ucieka, bo się pali dom." Jak człowiek ze strachu to tylko broni siebie. Nie popatrzył kto jest żeby pomóc i uciekł, a mama znów mnie na plecy, i nie było już drabiny. Upadliśmy ze strychu na dół. Już się palił dom. Mama wywlokła mnie w kartofle na ogród i miała wynieść Kasię, ale już cały dom był w płomieniach. Kasia spalona. Tato wyskoczył w buraki i leżał i widział, jak sąsiada ciągnęli do studni, a wszystkie studnie były pełne trupów. Mama ze mną na plecach coraz dalej w pole. Było ładne proso. Już tak spadła z sił, że nie dała rady mnie nieść. I leżąc w tym prosie słyszy mama głośny gwar - "Jak znajdesz to dobyjaj!". A ja nic nie pamiętam, nieprzytomna byłam i wcisnęła głowę w ziemię żeby nie widzieć jak będą dobijać. Tyle krwi zeszło i widocznie ze zmęczenia usnęła…" W nocy 30 sierpnia miejscowość Kąty została otoczona przez oddziały UPA i ludność ukraińską, przybyłą z pobliskich wsi. Zaskoczonych Polaków mordowano za pomocą siekier, wideł i drągów, do uciekających strzelano. Zamordowano 209 lub 210 Polaków i 3 Ukraińców.

Zdzisław Koguciuk" Zbrodniczy atak na Jankowce rozpoczął się przed świtem w poniedziałek, 30 sierpnia 1943 roku. Z lasu od strony północnej wkroczyło do wsi około 200 Ukraińców po części uzbrojonych w broń palną, a po części w narzędzia gospodarskie, jak siekiery i widły. Napastnicy zaczęli systematycznie plądrować i palić gospodarstwa, zabijając każdego napotkanego mieszkańca. Zbudzeni ze snu ludzie rzucili się do panicznej ucieczki w kierunku linii kolejowej ochranianej przez Niemców oraz do pobliskich większych skupisk Polaków w Rymaczach oraz Jagodzinie. Ci, którzy mieszkali w dalszej części wsi, próbowali zaprzęgać jeszcze konie do wozów i uwalniać zwierzęta z obór i kurników, inni uciekali tak, jak stali. Zaskoczeni mieszkańcy północnej części wsi nie mieli szans na ucieczkę.                 – Tam właśnie mieszkała moja ciocia Karolina Solipiwko z mężem i piątką dzieci – mówi poruszony Zdzisław Koguciuk. Opowiada, jak czwórka dzieci schroniła się do piwnicy na kartofle. Najstarszy syn przykrył rodzeństwo swoim ciałem, i patrząc przez okienko, był świadkiem zabójstwa rodziców i 8-miesięcznego brata, którzy dostali się w ręce Ukraińców.– Jak zginęli, nie wiadomo, bo ich ciała nie zostały odnalezione, prawdopodobnie uległy spaleniu. Musiała to być potworna zbrodnia, gdyż młody człowiek, który to widział, dostał potem pomieszania zmysłów i spędził resztę życia w szpitalu psychiatrycznym – opowiada rodzinną historię pan Koguciuk. – [….] Ponieważ w czasie napadu wieś nie została okrążona przez upowców, większość mieszkańców zdołała się jednak uratować. Czas na ucieczkę dała im również obrona zorganizowana w centrum wsi przez dyrektora szkoły i kilku mężczyzn. Seria z automatu na pewien czas ostudziła u bandytów chęć ataku. Tymczasem w zajętej przez Ukraińców części wsi działy się prawdziwie dantejskie sceny. Wspomina je Katarzyna Dyczko z domu Grabowska, uciekająca z 3-letnim bratankiem na ręku.  “Wybiegając ze stodoły, widzieliśmy już palącą się wieś i słyszeliśmy straszny, przerażający krzyk ‘ratunku'” – relacjonowała. “W czasie ucieczki koło nas świstały kule, lecz my ze strachu nie odwracaliśmy głów, dopiero zatrzymaliśmy się na stacji w Jagodzinie”. Jak się okazało, krzyczała sąsiadka Katarzyny Dyczko – Teresa Petruk, którą Ukraińcy zamordowali w okrutny sposób, odrąbawszy jej wcześniej siekierą ręce. Jak szacuje cześć historyków, OUN-UPA  łącznie w sierpniu 1943 r. dokonała napadów na 301 miejscowości , w wyniku których zamordowano co najmniej 8280 Polaków. Władysław Tołysz ps. "Grey": " Wczesny ranek 30 sierpnia 1943 r. przyniósł bardziej tragiczne wiadomości o wymordowaniu ludności polskiej w Kątach, Woli Ostrowieckiej, Ostrówkach, Jankowcach i kol. Borki i Czmykosie. Wiadomości o zaistniałej tragedii ludności polskiej do władz konspiracyjnych obwodu i delegatury rządu w Lubomlu, dotarły przez ocalałych Polaków członków PZP - AK w Kątach. Natychmiast odbyło się spotkanie przedstawicieli delegatury rządu na pow. Luboml, naradzie przewodniczył przewodniczący Tadeusz Rodziewicz „Żerdź”. Podczas narady obecny Ryszard Markiewicz „Marek” otrzymał zadanie natychmiastowego wyjazdu do Nowego Jagodzina i nawiązania kontaktu z Komendantem Obwodu Kazimierzem Filipowiczem „Kordem”, który postawił miejscowy pluton w stan pogotowia i miał oczekiwać na dalsze rozkazy.

                                       

W drodze do „Korda” Ryszard Markiewicz od 30 sierpnia 1943 r. „Mohort” zatrzymał się na krótko w Terebejkach stwierdził, że Michał Pradoń „Kryza” i Stanisław Stachniuk „Miecz” d-cy oddziału samoobrony tylko częścią plutonu dysponują dla zabezpieczenia mieszkańców Terebejek od strony wschodniej tj. Wiśniowa, Kocur i Sztunia zamieszkałych przez Ukraińców. Część członków plutonu opanowała panika i wyjechała z rodzinami do Lubomla. Pozostali na miejscu nie zostaną na noc we wsi, gdyż obawiają się napadu banderowców już na Terebejki. W skuteczność obrony, przy słabym uzbrojeniu i panice nie wierzą. Podobna sytuacja powstała również u Stefana Matyszczuka „Rybaka” d-cy samoobrony Kupracze i Sawosze. Niemcy ochraniający stację kolejową w Jagodzinie i tzw. mijankę w Terebejkach koło chmielewszczyzny nie wykazują żadnej inicjatywy, czekają w obronie na bezpośrednie zagrożenie ich punktów obrony.  Oddział samoobrony pod dowództwem Michała Strusia „Pociska”, czynił wszystko, aby skutecznie osłaniać wieś Rymacze od strony południowej z kierunku ewentualnego ataku banderowców. Ogólna atmosfera śmiertelnego zagrożenia działała i tu, wielu mieszkańców z trwogą oczekiwała nadchodzącej nocy. Kobiety i dzieci wycofano z kol. Strużki w pobliże stacji kolejowej. Wszyscy byli przygotowani za Bug do Dorohuska lub Chełma. Atmosfera rozpaczy i beznadziejności mieszkańców Rymacz mogła tylko zmienić energiczne działania i wiele zależało od tego, czy do takiego działania ludzie będą zdolni. Wszyscy patrzyli w stronę Nowego Jagodzina, gdzie z plutonem pozostał Kazimierz Filipowicz „Kord”, około godziny 12 w południe, Ryszard Markiewicz „Marek” dotarł do szkoły w Nowym Jagodzinie, gdzie pozostawał komendant obwodu kierując ludźmi miejscowego plutonu. Wystawione czujki obserwowały kierunki od strony Leśniaków i Ostrówek i kol. Zamostecze. Kolonijna zabudowa Nowego Jagodzina rozciągała się od Jankowiec aż do Kupracz i wynosiła ponad cztery kilometry, utrudniała skuteczną obronę jak i atak. Należało się liczyć z potrzebą przyjęcia obrony w Jagodzinie po uprzednim wycofaniu się ludności do Rymacz. Dodatkową komplikację stanowili Niemcy, którzy na wiadomość o zbrodni pojechali samochodami traktem Luboml – Huszcza w stronę Ostrówek. Banderowcy, gdy spostrzegli Niemców pośpiesznie pędzili kolumny kobiet i dzieci w kierunku cmentarza parafialnego do lasu Kokorawiec, gdzie prawie wszystkich rozstrzelali. Niektóre ranne osoby uratowały się i dotarły do Jagodzina, gdzie udzielono im pierwszej pomocy lekarskiej przez Jana Dyczkę „Kruka”. Następnie przewiezione zostały do szpitala w Lubomlu i w Chełmie. Niemcy nie zainteresowali się pędzoną kolumną poza posłaniem kilku krótkich serii z karabinów maszynowych i odjechali. W drodze powrotnej około południa Niemcy przejechali przez Nowy Jagodzin i zostali ostrzelani z broni maszynowej, gdy jeden z żołnierzy z plutonu w zdenerwowaniu wziął żandarmerię niemiecką za Ukraińców. Na miejscu zdarzenia wyjaśniono Niemcom, że to nieliczna grupa banderowców kręci się koło wsi i przygotowuje kolejny napad na Nowy Jagodzin. Niemcy przyjęli wyjaśnienia, a ponieważ nie było zabitych ani rannych pośpiesznie odjechali do Lubomla. Nie wolno było ujawnić, że to Polacy strzelali z broni maszynowej, i że posiadają broń.  W godzinach popołudniowych przybył do Nowego Jagodzina przedstawiciel delegata rządu z Lubomla Wincenty Pękala „Rawicz” i wspólnie z „Kordem”, „Mohortem” dokonano przeglądu zaistniałych wydarzeń oraz określono zakres niezbędnych działań w tej jakże tragicznej sytuacji. W wyniku rozmów postanowiono, że dowództwo obrony odcinka Nowy Jagodzin na nowo przejmie popr. „Mohort” natomiast „Kord” po załatwieniu niektórych spraw organizacyjnych w Rymaczach, podejmie starania wyznaczenia z miejscowego konspiracyjnego aktywu osób do poszczególnych zadań. Na miejsce przybyli ppor. Czesław Różynski „Ogończyk”, ppor. Anatol Turski „Turoń”, pracownicy nadleśnictwa w Rymaczach kilku nauczycieli oraz kolejarze ze stacji w Jagodzinie. Konieczne było nawiązanie stałej łączności z placówkami samoobrony w Jagodzinie, Terebejkach i Kupraczach oraz przygotowanie plutonu „Pociska” z Rymacz do przerzucenia jednej drużyny do Nowego Jagodzina. (...)  Po otrzymaniu rozkazu komendanta obwodu Luboml por. „Kord”, a przekazanego przez „Greya” - dowódcy samoobrony plut. „Pociskowi” w Rymaczach, drużyna pod dowództwem Tadeusza Kańskiego „Muszli” wyposażona w dwa karabiny maszynowe i Kb, po pokonaniu trudów i walki z samolotem niemieckim, podczas przejazdu furmanką dotarła w godzinę przed zachodem słońca do Nowego Jagodzina i zajęła kwatery w zabudowaniach Marcina Kołtuna i stanowiła ubezpieczenie Nowego Jagodzina od strony Jankowiec.  Powołany przez Komendanta Obwodu Luboml por. „Korda” Kazimierza Filipowicza członków konspiracji oddział partyzancki OP -„Bug”- w sile 90 - żołnierzy w Nowym Jagodzinie w dniu 30 sierpnia 1943 r. - patrolował rejony Jankowiec, Przekurki, Ostrówek, Woli Ostrowieckiej, Połap i Zapola. Dzień po zbrodni przybył na miejsce i "Kord" ze swoimi żołnierzami, z przerażeniem oglądał pobojowisko. Jak przekazywali świadkowie obok oddziałów UPA udział w zbrodni wzięła miejscowa ludność ukraińska ze wsi Przekurka, Sokół, Połapy, Zapole, Huszcza i Równo. Między innymi dlatego oddział por. K. Filipowicza ps. „Kord”, 6 września 1943 r. spalił ukraińską wieś Wysock (W. Filar: " Eksterminacja ludności polskiej na Wołyniu w drugiej wojnie światowej"  s. 230.)  "Rudy" po "sukcesach" ( rzezi ludności polskiej) "Łysego" w pow. lubomelskim, postanowił zakończyć niezałatwione sprawy w pow. kowelskim. Polskie czujki z "Ośrodka Samoobrony Zasmyckiej" donosiły o  gromadzeniu się znacznych sił ukraińskich   za lityńskim lasem , co mogło oznaczać, że mają zamiar zaatakować Zasmyki i sąsiednie wsie polskie.  Ustalono, że rejonie Tuliczowa 10 km. od Zasmyk znajdowało się zgrupowanie ponad 2 tys. sił ukraińskich. 7 i 8 września 1943 r. rozegrała się tam bitwa UPA z Niemcami, podczas której nie tylko rozgromili upowców, ale zmusili do ucieczki w lasy świniarzyńskie. Niemcy wyszli w teren by przypilnować zbiory płodów rolnych na obowiązkowe dostawy, tworząc polowe garnizony. Jednym z nich było czeskie miasteczko, Kupiczów, który Niemcy nawet ufortyfikowali. Utworzyli linie okopów i bunkrów ziemnych, a wszystko zostało zabezpieczone zasiekami z drutu kolczastego. Nawet w lesie koło Radowicz znalazł się okopany posterunek niemiecki. Dzięki temu trzymali upowców w szachu i zapewnili Polakom w czasie wykopek w miarę względny spokój.  Pod koniec września na odprawie, u komendanta Okręgu Wołyń;   płk Kazimierza Bąbińskiego ps. "Luboń", zapadła decyzja w sprawie rzezi w lubomelskiem. Wykorzystując względny spokój w pow. kowelskim, inspektor rejonowy mjr Jan Szatowski ps. "Kowal" miał wyznaczyć oddział wsparcia dla "Korda", w celu dokonania rozliczenia z Ukraińcami ( UPA i "czerń") za sierpniową masakrę na ludności polskiej tamtego terenu. Oddział "Korda" miał 90 żołnierzy i samodzielnie był za słaby by zmierzyć się z lokalnymi siłami UPA. Zostało wyraźnie powiedziane: "była zbrodnia to musi być za nią kara". W ostatnich dniach września "Kowal" w domu przy  ulicy Łuckiej w Kowlu przekazał łącznikowi  ( a była to prawdopodobnie Joanna Zamościńska ps. "Bronka") stosowny rozkaz do "Jastrzębia", dowódcy największego oddziału partyzanckiego AK w pow. kowelskim ( 150 żołnierzy). Jeszcze tego samego  dnia dotarł on do Stefanówki, gdzie stacjonował oddział.  1 października ( 1943 r.), rano wyruszył blisko 120- osobowy wyselekcjonowany oddział "Jastrzębia" w kierunku Rakowca, miejsca postoju oddziału "Korda". Żołnierze "Jastrzębia", nie tylko,  nie znali zadania jakie przed nimi postawiono, ale byli tak ubrani, żeby można było wziąć ich nawet za oddział upowski, co miało ułatwiać przemarsz przez ukraińskie wioski. Po dwóch dniach marszu dotarli na umówione spotkanie. O głównym celu dowiedzieli się na kilka godzin przed atakiem. Świtem 5 października (1943 r.) połączone  oddziały utworzyły czworobok, który uderzył na ukraińską wieś Sokół, a później Połapy, gdzie znajdował się sztab kurenia "Buh", którym dowodził "Łysyj", odpowiedzialny za pogrom Polaków w Kątach, Woli Ostrowieckiej, Ostrówkach i Jankowcach. Ukraińcy nie spodziewali się tej wizyty, nawet nie zdążyli zorganizować żadnego oporu, uciekali w panice. Dwa nacjonalistyczne ośrodki zostały rozbite, liczba zabitych po stronie ukraińskiej była nieznana, ze strony polskiej obyło się bez strat. Należy zaznaczyć, że była to operacja wojskowa, w żadnym wypadku nie można tego nazwać "odwetem", który cechuje zasada  " oko za oko, ząb za ząb, itd. itp. Nie znam ani jednej relacji by Polacy w swoich działaniach, jak to niektórzy historycy nazywają "odwetowych", odpowiedzieli Ukraińcom takimi metodami mordu jakie stosowali "rezuny". Jedynie reżyser filmu "Wołyń" nakreślił taką scenę, co mocno zbulwersowało wielu świadków "Rzezi Wołyńskiej", mimo, że to nie dokument a fabuła.

P/ w materiał powstał z wykorzystaniem informacji z n/w źródeł:

1) Bogusław Szarwiło : >> "Krwawe dorzynki " Sierpień 1943 r. na Wołyniu<< https://wolyn.org/index.php/publikacje/875-krwawe-dorzynki-sierpie-1943-r-na-woyniu

2)  Radio Maryja.pl " TO BYŁ MORD NA ŻYWYM CIELE POLSKI " https://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/to-byl-mord-na-zywym-ciele-polski/

3) Dziennik Złożony: >>„Trudno opisać…” Relacjonuje Czesław Kuwałek <<  http://dziennik-zlozony.pl/trudno-opisac-relacjonuje-czeslaw-kuwalek/

4) Marcin Czarnecki : " Zbrodnia w Ostrówkach" https://tropicielehistorii.pl/zbrodnia-w-ostrowkach/#.YU3HxVUzbIU

 5) Bogusław Szarwiło: >>"Bulbowcy i Rydy", koszmary z pamięci Wołynian<<  https://wolyn.org/index.php/publikacje/1342-bulbowcy-i-rydy-koszmary-z-pamieci-wolynian

6) . Władysław Tołysz ps. "Grey": Niepublikowane wspomnienia.

 

 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp3.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 432 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
12029985