WSPOMNIENIA CZESŁAWA I HELENY ŻYCZKO Z DOMU FURTAK Z KOLONII KISIELÓWKA W POWIECIE HOROCHÓW NA WOŁYNIU 1925 – 1944

Nazywam się Czesław Życzko mam 82 lata, mieszkam w miasteczku Czaplinek, przy ulicy Drahimskiej 12, powiat Drawsko – pomorskie, woj. Zachodniopomorskie. Urodziłem się w 1921 r. w kolonii Kisielówka, gm. Kisielin, powiat Horochów, woj. Wołyńskie. Mój tato Władysław Życzko był Polakiem, mama Rozalia z domu Wrońska, także była Polką i pochodziła ze wsi Markowicze na Wołyniu. Rodzina taty wywodzi się z Zamojszczyzny, a mamy od pokoleń z Wołynia. Tato urodził się już na Wołyniu bowiem mój dziadek Franciszek, był pracownikiem leśnym, u bogatego kupca Szapira, z pochodzenia Żyda. Dziadek razem z babcią Apolonią zamieszkali we wsi Przygłówka, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński i tam wychowywali swoje dzieci. Gdy hrabia Ledóchowski począł parcelować swoje majątki, w tym także ziemię w Kisielówce, mój tata Władysław i mama Rozalia wspólnie kupili ziemię, pod swój nowy dom. I tak to rozpoczyna się historia dziejów naszej rodziny, w tej właściwie polskiej kolonii. Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w kościele w Swojczowie, jeszcze kiedy posługiwał w naszej parafii ks. Kurowski. Moim ojcem chrzestnym był Polak z naszej kolonii Kisielówka o nazwisku Kosak. Bardzo go lubiłem bowiem był człowiekiem dobrym i pracowitym, a jako bliski przyjaciel rodziców często bywał w naszym domu. Po jakimś czasie rozpoczął gospodarzyć w okolicach polskiej kolonii Elizabetpol. Niestety wdał się w spór z miejscowym dziedzicem ziemskim. I kiedy razu pewnego, na polu kosił zboże, nadjechał ów dziedzic i zarządził, aby Kosak zaniechał swojej pracy.

Czytaj więcej...

Polacy i ich Wołyń 1921-1939

Podejmując rozważania nad polskim Wołyniem w okresie międzywojennym musimy rozpocząć od stwierdzenia, że zdecydowana większość polskich środowisk społecznych i ugrupowań politycznych stała na stanowisku, iż Polska ma niezbywalne prawa, a nawet obowiązek walczyć o włączenie tej krainy do odbudowywanego państwa polskiego. Powoływano się na historię i dotychczasowy dorobek kultury polskiej, lecz i na argumenty współczesne - interesy mieszkających tu Polaków, potrzeby geopolityczne państwa, potencjalne korzyści ekonomiczne dla gospodarki narodowej, wreszcie misję poszerzania granic cywilizacji Zachodu. Dostrzegano fakt, że (zdecydowana) większość mieszkańców Wołynia to prawosławni (dla jednych Rusini, dla innych Ukraińcy, dla jeszcze innych Wołyniacy), jednak nie uważano tego za czynnik podważający prawa Polaków do ziemi, „którą poiła krew wielu pokoleń rycerzy kresowych” i która wydała Słowackiego. Problemem był jedynie sposób, w jaki należało zapewnić sobie przychylność tej ludności. Dla prawicy gwarancją sukcesu miały być rządy „ojcowskie” surowe, ale sprawiedliwe, dla centrum i lewicy przekonywanie, że nie bolszewicy, ale demokratyczna Polska może zagwarantować podstawowe prawa i wolności obywatelskie oraz dać możliwości awansu społecznego i materialnego. Wołyń był postrzegany jako niwa, na której Polacy pracowali od wielu pokoleń, czasem osiągając sukcesy i poszerzając swój „stan posiadania”, czasem, jak w dobie zaborów, heroicznie broniąc wcześniej zdobytych pozycji. Patrząc z tego punktu widzenia musimy dostrzec, że swoboda podejmowania decyzji ówczesnych bohaterów wydarzeń, którzy postrzegali siebie samych jako kolejną zmianę w długiej sztafecie pokoleń, była bardzo ograniczona. Wydaje się przy tym, że wobec tej okoliczności oraz determinacji, z jaką Polacy, niezależnie od poglądów politycznych i pozycji społecznej walczyli o Wołyń w latach 1917-1920, a potem pracowali nad jego integracją z innymi dzielnicami Drugiej Rzeczypospolitej, bezprzedmiotowe jest stawianie pytań o to, czy może z perspektywy dziejowej nie byłoby lepiej, gdyby Polacy powściągnęli swe ambicje terytorialne, choćby na tym odcinku.

Czytaj więcej...

Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

   1 maja:

We wsi Olszanica pow. Lesko w walce UPA poległ Kazimierz Borek, milicjant.

   2 maja:

W okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział 18 pp, zdobywając działo kalibru 76 mm i rozpraszając siły polskie. W meldunku ukraińskim straty polskie oceniono na 37 zabitych”. Strona polska podała, że upowcy dobili 2 rannych żołnierzy. Wynika stąd, że upowcy z sotni „Chrina” zabili 35 osób cywilnej ludności polskiej. (Żurek..., s. 192) 

  3 maja:  

We wsi Wola Michowa pow. Lesko (Bieszczady) upowcy zamordowali 10 Polaków.

   5 maja:

We wsi Mołodycz pow. Jarosław zostali zamordowani przez UPA Jan Dudek i Piotr Dudek, milicjanci.

  W nocy z 5 na 6 maja:  

We wsiach Sośnica i Święte pow. Jarosław upowcy spalili 280 gospodarstw oraz zamordowali 5 Polaków, w tym 75-letnią kobietę spalili żywcem. Inni: 5 maja 1946 r. ok. 21.00 banderowcy, szacowani na liczbę ok. 500 osób (jest to znacznie zawyżona liczba napastników, która pojawia się w raportach WOP, a w raportach milicji pojawia się nawet liczba 1 500 osób), spalili wsie Sośnica i Święte, które były częściowo zamieszkałe przez repatriantów. Podczas pożaru napastnicy zabrali od gospodarzy 103 konie i spalili 20 osób cywilnych.

Czytaj więcej...

Ostatni patrol

„Grzmot” ( Roman Gos-red) oznajmił nam, że „Jastrząb” polecił mu zorganizować kilkuosobowy patrol, najlepiej żeby to byli chłopcy młodzi, sprytni, wytrzymali w marszu, znający dobrze wspomniane tereny. Jak już wcześniej pisałem, do tego patrolu zgłosiło się nas kilku. Byli to: Jerzy Oświecimski „Lubicz” ze wsi Turia, lat 20, Antoni Kata „Ketling” z kolonii Kowalówka, lat 23, Dobrowolscy: Zygfryd, lat 22, Hipolit, lat 19, obaj z Kowalówki, Jan Kuraj, lat 18, z Kowalówki, oraz piszący te słowa Henryk Kata, lat20, też oczywiście z Kowalówki. Dowódcą patrolu był sierżant „Grzmot”, lat 35. Jak zawsze przed wyruszeniem na patrol, sprawdzenie broni, amunicji, opatrunki, nóż lub bagnet, dawniej dochodził jeszcze suchy prowiant, o czym pozostało wspomnienie; zdani byliśmy na własną inwencję, kiedy i co będziemy jedli. Zbliżała się pora obiadu ( zupa „iihaha” na końskim mięsie). Cała nasza szóstka z „Grzmotem” po zjedzeniu obiadu zatrzymała się przed szałasem „Jastrzębia”. „Grzmot” poszedł do dowódcy zameldować patrol gotowy do zadania. Przez kilkanaście minut coś jeszcze uzgadniali, być może jakieś szczegóły poleceń. Wreszcie „Grzmot” wyszedł, dołączył do nas i bezszelestnie zapuściliśmy się w las. Opuszczając obozowisko nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest to nasz ostatni kontakt z oddziałem porucznika Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”. Szliśmy na południe. Po jakimś czasie „Grzmot” spojrzał na zegarek, wyjął mapę, zorientował z kompasem i obrał kierunek na wschód. Wszyscy byliśmy młodzi. Dzisiaj po latach wspominając te dni-zbyt młodzi. Toteż pomimo skromnego wyżywienia, nadmiernego przemęczenia i ciągłego braku snu, coś jakby uskrzydlało nas w tym rajdzie patrolowym w nieznane. Szliśmy szybkim krokiem, przeskakując dukty i lizjery leśne, ażeby przed zapadnięciem nocy dotrzeć do miejscowości Stanisławów, położonej przy drodze Olesk, Pisarzowa Wola do Włodzimierza Wołyńskiego. Zwracaliśmy też bacznie uwagę na rozbitków z naszej dywizji sprzed kilku dni, błąkających się po lasach. Doszliśmy jednak do wniosku, że im bliżej frontu oraz terenów nasyconych wojskiem niemieckim, tym mniejsze szanse spotkania kogoś z naszych oddziałów.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 546 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11181146