Polacy i ich Wołyń 1921-1939

Podejmując rozważania nad polskim Wołyniem w okresie międzywojennym musimy rozpocząć od stwierdzenia, że zdecydowana większość polskich środowisk społecznych i ugrupowań politycznych stała na stanowisku, iż Polska ma niezbywalne prawa, a nawet obowiązek walczyć o włączenie tej krainy do odbudowywanego państwa polskiego. Powoływano się na historię i dotychczasowy dorobek kultury polskiej, lecz i na argumenty współczesne - interesy mieszkających tu Polaków, potrzeby geopolityczne państwa, potencjalne korzyści ekonomiczne dla gospodarki narodowej, wreszcie misję poszerzania granic cywilizacji Zachodu. Dostrzegano fakt, że (zdecydowana) większość mieszkańców Wołynia to prawosławni (dla jednych Rusini, dla innych Ukraińcy, dla jeszcze innych Wołyniacy), jednak nie uważano tego za czynnik podważający prawa Polaków do ziemi, „którą poiła krew wielu pokoleń rycerzy kresowych” i która wydała Słowackiego. Problemem był jedynie sposób, w jaki należało zapewnić sobie przychylność tej ludności. Dla prawicy gwarancją sukcesu miały być rządy „ojcowskie” surowe, ale sprawiedliwe, dla centrum i lewicy przekonywanie, że nie bolszewicy, ale demokratyczna Polska może zagwarantować podstawowe prawa i wolności obywatelskie oraz dać możliwości awansu społecznego i materialnego. Wołyń był postrzegany jako niwa, na której Polacy pracowali od wielu pokoleń, czasem osiągając sukcesy i poszerzając swój „stan posiadania”, czasem, jak w dobie zaborów, heroicznie broniąc wcześniej zdobytych pozycji. Patrząc z tego punktu widzenia musimy dostrzec, że swoboda podejmowania decyzji ówczesnych bohaterów wydarzeń, którzy postrzegali siebie samych jako kolejną zmianę w długiej sztafecie pokoleń, była bardzo ograniczona. Wydaje się przy tym, że wobec tej okoliczności oraz determinacji, z jaką Polacy, niezależnie od poglądów politycznych i pozycji społecznej walczyli o Wołyń w latach 1917-1920, a potem pracowali nad jego integracją z innymi dzielnicami Drugiej Rzeczypospolitej, bezprzedmiotowe jest stawianie pytań o to, czy może z perspektywy dziejowej nie byłoby lepiej, gdyby Polacy powściągnęli swe ambicje terytorialne, choćby na tym odcinku.

Czytaj więcej...

Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

   1 maja:

We wsi Olszanica pow. Lesko w walce UPA poległ Kazimierz Borek, milicjant.

   2 maja:

W okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział 18 pp, zdobywając działo kalibru 76 mm i rozpraszając siły polskie. W meldunku ukraińskim straty polskie oceniono na 37 zabitych”. Strona polska podała, że upowcy dobili 2 rannych żołnierzy. Wynika stąd, że upowcy z sotni „Chrina” zabili 35 osób cywilnej ludności polskiej. (Żurek..., s. 192) 

  3 maja:  

We wsi Wola Michowa pow. Lesko (Bieszczady) upowcy zamordowali 10 Polaków.

   5 maja:

We wsi Mołodycz pow. Jarosław zostali zamordowani przez UPA Jan Dudek i Piotr Dudek, milicjanci.

  W nocy z 5 na 6 maja:  

We wsiach Sośnica i Święte pow. Jarosław upowcy spalili 280 gospodarstw oraz zamordowali 5 Polaków, w tym 75-letnią kobietę spalili żywcem. Inni: 5 maja 1946 r. ok. 21.00 banderowcy, szacowani na liczbę ok. 500 osób (jest to znacznie zawyżona liczba napastników, która pojawia się w raportach WOP, a w raportach milicji pojawia się nawet liczba 1 500 osób), spalili wsie Sośnica i Święte, które były częściowo zamieszkałe przez repatriantów. Podczas pożaru napastnicy zabrali od gospodarzy 103 konie i spalili 20 osób cywilnych.

Czytaj więcej...

Ostatni patrol

„Grzmot” ( Roman Gos-red) oznajmił nam, że „Jastrząb” polecił mu zorganizować kilkuosobowy patrol, najlepiej żeby to byli chłopcy młodzi, sprytni, wytrzymali w marszu, znający dobrze wspomniane tereny. Jak już wcześniej pisałem, do tego patrolu zgłosiło się nas kilku. Byli to: Jerzy Oświecimski „Lubicz” ze wsi Turia, lat 20, Antoni Kata „Ketling” z kolonii Kowalówka, lat 23, Dobrowolscy: Zygfryd, lat 22, Hipolit, lat 19, obaj z Kowalówki, Jan Kuraj, lat 18, z Kowalówki, oraz piszący te słowa Henryk Kata, lat20, też oczywiście z Kowalówki. Dowódcą patrolu był sierżant „Grzmot”, lat 35. Jak zawsze przed wyruszeniem na patrol, sprawdzenie broni, amunicji, opatrunki, nóż lub bagnet, dawniej dochodził jeszcze suchy prowiant, o czym pozostało wspomnienie; zdani byliśmy na własną inwencję, kiedy i co będziemy jedli. Zbliżała się pora obiadu ( zupa „iihaha” na końskim mięsie). Cała nasza szóstka z „Grzmotem” po zjedzeniu obiadu zatrzymała się przed szałasem „Jastrzębia”. „Grzmot” poszedł do dowódcy zameldować patrol gotowy do zadania. Przez kilkanaście minut coś jeszcze uzgadniali, być może jakieś szczegóły poleceń. Wreszcie „Grzmot” wyszedł, dołączył do nas i bezszelestnie zapuściliśmy się w las. Opuszczając obozowisko nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest to nasz ostatni kontakt z oddziałem porucznika Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”. Szliśmy na południe. Po jakimś czasie „Grzmot” spojrzał na zegarek, wyjął mapę, zorientował z kompasem i obrał kierunek na wschód. Wszyscy byliśmy młodzi. Dzisiaj po latach wspominając te dni-zbyt młodzi. Toteż pomimo skromnego wyżywienia, nadmiernego przemęczenia i ciągłego braku snu, coś jakby uskrzydlało nas w tym rajdzie patrolowym w nieznane. Szliśmy szybkim krokiem, przeskakując dukty i lizjery leśne, ażeby przed zapadnięciem nocy dotrzeć do miejscowości Stanisławów, położonej przy drodze Olesk, Pisarzowa Wola do Włodzimierza Wołyńskiego. Zwracaliśmy też bacznie uwagę na rozbitków z naszej dywizji sprzed kilku dni, błąkających się po lasach. Doszliśmy jednak do wniosku, że im bliżej frontu oraz terenów nasyconych wojskiem niemieckim, tym mniejsze szanse spotkania kogoś z naszych oddziałów.

Czytaj więcej...

Przez Lublatyn, Radomle, Janówkę do sławnych Zasmyk

 Dzień pierwszy i kilka następnych Zaglądam do mojego wojennego notatnika. 15 stycznia 1944 roku ... Koło godziny 2–ej wpada do mnie Bronek. Idziemy ... Dokąd? Oczywiście do lasu. Na tę chwilę czekaliśmy prawie cztery lata – od września 1939 roku. A gdy nadeszła razem z nią pojawiło się zdziwienie, niedowierzanie, radość i obawa. Długie oczekiwanie i marzenia początkowo jeszcze dziecinne wytworzyły nierealny obraz tego momentu. Miały na to wpływ historyczne tradycje, literatura, przykłady bohaterów i wielkich postaci. I jakże naiwny stosunek do rzeczywistości. Mimo zbliżania się do pełnoletności, ciężkich przeżyć i doświadczeń, które przyspieszaj ą dojrzałość, pozostawaliśmy dużymi dziećmi. Może nie tak? Wtedy wydawało mi się, że jestem już od dawna w pełni dorosły i sprawdzony życiowo, choć nie we wszystkim. Marzyła mi się „pierwsza kadrowa” a w niej miejsce dla mnie. Może nie w pierwszej czwórce, ale gdzieś blisko. Głupi romantyzm, biorący górę nad realizmem, całkowity brak umiejętności wyobrażenia sobie nawet najbliższej przyszłości i ten wielki, nieuzasadniony niczym optymizm. Czyż tak nie było? Było i dowodem na to są kartki mojego notatnika. 15 stycznia 1944 roku. Tego dnia dowiedziałem się, że mamy wyruszać (sprzysiężeni) do Zasmyk. Koło godziny 2–ej wpada do mnie Bronek (Bronisłlaw Owczarek – „Kret”). Idziemy. Mamy dogonić kolegów przy ulicy Cmentarnej. Mówię mamie. Idę. Dokąd? Do polskiego wojska. Ma się rozumieć płacz, odmowy itp. 5 minut i jestem gotowy, nie zważam na nic. Biorę drugie spodnie, sweter, kożuszek, bochenek chleba, kawałek słoniny w torbę i koniec. Żegnam się z mamą, ciocią, Basią. Zaszedłem do P.Ż., to samo i idę. Odprowadza mnie Irka, mówi, żeby nie stchórzyć i żegnam się. Zachodzę do Bronka, idziemy na Cmentarną. Naszych nie ma. Jesteśmy nie zdecydowani co robić. Drogi nie znamy, nie wiemy do kogo się zgłosić.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp3.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 486 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11853096