KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA LUTY 1945

   1 lutego 1945 roku:

We wsi Dobrowody pow. Zbaraż:01.02.1945 r. zostali zam. Polacy: 6 osób NN”. (prof. dr hab. Leszek Jankiewicz: Uzupełnienie do listy strat ludności polskiej podanej przez Komańskiego i Siekierkę dla województwa tarnopolskiego [2004]; w: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 7, pod redakcją Witolda Listowskiego, Kędzierzyn-Koźle 2015; w: http://www.kresykedzierzynkozle.home.pl/attachments/File/2__Ksi____ka_tom_7.pdf). 

We wsi Siedliska pow. Brzozów banderowcy zamordowali Piotra Cichockiego.

We wsi Wyżłów pow. Sokal obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 21 Polaków.

We wsi Żeżawa pow. Zaleszczyki  z rąk banderowców zginęli: Linowska Klara siostra zakonna l. 60, Łysek Antonina l. 60, Okońska Józefa l.70, Ramach Antoni l.40, Maria l. 38, ich córka Czesława l. 14, i syn Albin l. 10, Ryczaj Józef l. 45, Stachurski Stanisław l. 50, Stecka Anna l. 50, Sutyk Maria (z Wysockich) l. 25, Szymańska N., Winiarska Maria l. 40, Franciszek l. 10, Wojnarowski Jan l. 10, Wiszniewska Leontyna, Wytrykusz Michał, Dorota l. 65, jej córka Antonina l. 35, syn Antoniny Stefan l. 6, Joanna l. 22, Józef l. 4, Eudokia l. 28, Zielińska Helena l. 77. (Kubów Władysław: Terroryzm na Podolu; Warszawa 2003). 

    2 lutego: 

We wsi Borownica pow. Dobromil banderowcy uprowadzili i zamordowali 3 Polaków. Inni: „2 lutego 1945 r. na drodze do Dynowa zostali zamordowani przez banderowców mieszkańcy Borownicy: Franciszek Budnik, Jan Metyk, Jan Pocałuń i Jan Wójcik.” (Artur Brożyniak: "Zagłada Borownicy. 20 kwietnia 1945 r."; w: "Głos znad Sanu", nr 21, 2012 r.). 

We wsi Czahary Zbaraskie pow. Zbaraż po torturach zamordowali 17-letniego Polaka.  ukrywającego się u Ukraińca (był to Gustaw Drobnicki) oraz jego matkę. (Kubów..., jw.). 

We wsi Dubka woj. stanisławowskie: „02.02.1945 r. zostali zamordowani: 1-2. Dżawynowycz Jan s. Franciszka (urodzony w r.1902) oraz Szmegiel Józef s. Michała (brak r. ur.)”. (Prof. dr hab. Leszek S. Jankiewicz: Uzupełnienie listy strat ludności polskiej /…/. W: Ludobójstwo OUN-UPA na Kresach Południowo-Wschodnich. Seria – tom 8, Kędzierzyn-Koźle 2016. Za:  Ludobójstwo OUN-UPA tom 8 - Stowarzyszenie Kresowian). 

Czytaj więcej...

Wystarczy powiedzieć prawdę

 Po klęsce Niemców pod Stalingradem, armia niemiecka rozpoczęła odwrót. Przed przesuwającym się frontem wschodnim, uciekali Niemcy, a wraz z nimi Ukraińcy. Uciekali ci, którzy byli w policji niemieckiej, w SS Galizien, a również bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii, które miały na sumieniu ludobójstwo popełnione na ludności polskiej, udział w likwidacji Żydów, również walki z partyzantką sowiecką. Nie zamierzam wysilać się nad ustaleniem liczby Ukraińców służących w policji niemieckiej, w SS Galizien, ani we wszystkich sotniach Ukraińskiej Powstańczej Armii, nie jestem też pewna, czy oni sami dokonali takich wyliczeń. Chcę tylko podkreślić, że wszyscy ci zbrodniarze bali się Stalina i uciekali razem z Niemcami przed frontem wschodnim. Tylko nieznaczna część banderowców zaszyła się w Bieszczadach i na innych wschodnich terenach Polski, skąd dopiero operacja "Wisła" w 1947 r. ich wypędziła. W książce napisanej przez ukraińskiego generała Pawło Szandruka "Broń Odwagi", wydanej w Nowym Jorku w 1959 r. podano, że według statystyki niemieckiej 222.000 ludzi (Ukraińców) było w wojsku niemieckim, natomiast w Encyklopedii Powszechnej z 2003 r. wydanej w Krakowie (Wydawnictwo Ryszarda Kluczyńskiego) podano, że 40 tysięczna UPA "walczyła" na Kresach Wschodnich. W tym czasie, kiedy front wschodni zbliżał się do Berlina, gdy było już jasne, że klęska trzeciej Rzeszy jest nieunikniona, w Berlinie zjawia się Pawło Szandruk. W grudniu 1944 r. na prośbę prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej na emigracji Andrija Liwićkiego, bierze udział w rozmowach z generałem Ernestem Kostringiem, po których to rozmowach zgodził się zostać przewodniczącym Ukraińskiego Komitetu Narodowego i Ukraińskiej Armii Narodowej. Armia Narodowa miała służyć tylko jednemu celowi. Wydobyciu z różnych jednostek wojskowych i obozów pracy przymusowej jak największej ilości Ukraińców i przekazanie ich Aliantom. Pawło Szandruk, to Ukrainiec urodzony w 1889 r. na Wołyniu we wsi Borsuki. Studiował filologię jeszcze w Rosji carskiej, ukończył również Aliksandryjską Szkołę Wojskową w Moskwie. Brał udział w pierwszej wojnie światowej, początkowo w armii rosyjskiej, a po utworzeniu Ukraińskiej Republiki Ludowej, walczył z bolszewikami. Po zawarciu tzw. Umowy Warszawskiej brygada P.Szandruka atakowała i zdobyła Kijów. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Pawło Szandruk wybrał służbę w Wojsku Polskim i rozpoczął bardzo intensywne studia wojskowe oraz pracę naukową poświęconą sprawom wojskowym. W 1938 r. w randze podpułkownika ukończył Wyższą Szkołę Wojenną. Kampanię wrześniową rozpoczął w stopniu pułkownika dyplomowanego. W trakcie tzw. drugiej bitwy pod Tomaszowem Lubelskim, pułkownik Szandruk uratował swoją brygadę przed zniszczeniem w niemieckiej pułapce.

Czytaj więcej...

Strasznie żałują tego, że nie zdążyli ich zabić

 Pan Anatol, który po zakończeniu II Wojny Światowej osiadł w Krzydłowicach (gmina Grębocice) z bólem wraca myślami do wydarzeń z 1943 roku. Wraz z rodziną mieszkał w Żarnówce (gmina Międzyrzecz), na terenie ówczesnego województwa Wołyńskiego. To właśnie w tych okolicach doszło do ludobójstwa ludności polskiej przez ukraińskich nacjonalistów. (....)  Ojciec pana Anatola był nauczycielem w tamtejszej szkole, osobą bardzo przed wojną szanowaną. Gdy zaczęły pojawiać się akty wrogości ze strony ludności ukraińskiej, wszystko się zmieniło. - To narastało stopniowo. Gdy zaatakowano pierwszego Polaka, ludzie tłumaczyli to konfliktem sąsiedzkim, kolejny zabity miał z Ukraińcem zatarg sądowy. Gdy jednak ginęło więcej ludzi, uświadomiliśmy sobie, że to jest coś więcej niż wyrównywanie rachunków - opowiada pan Anatol. Nocami Polskie rodziny zaczęły ukrywać się na polach. Spanie w domu wiązało się z niebezpieczeństwem. Wtedy z pomocą rodzinie pana Anatola przyszedł pewien stary Ukrainiec. W tajemnicy spali u niego na strychu.

- Musieliśmy być cicho, bo młodsi z jego gospodarstwa spotykali się tam ze znajomymi i planowali, kogo tej nocy idą zamordować. Po pewnym czasie ten gospodarz, który nas ukrywał przeprosił i powiedział, że nie może nas dalej ukrywać. Jeśli ktoś by się dowiedział, to zabiliby nas i jego - wspomina mieszkaniec Krzydłowic. Anatol Zdanowicz przyznaje, że w tym czasie naoglądał się bestialstwa za wszystkie czasy. Nie chce opowiadać o konkretnych wydarzeniach, ale przyznaje, że widział wiele strasznych rzeczy. W jego głowie wciąż pojawia się obraz łun od pożarów.

- Od tamtej pory nigdy nie paliłem ognisk, nawet po tylu latach przy domu tego nie robię. Czasem robią to sąsiedzi, ale to nie jest dla mnie miły widok - przyznaje.

Nasz rozmówca opowiada też, że od innych mieszkańców słyszał, że Ukraińcy przed zbrodniami zbierali się w cerkwiach, gdzie popi święcili ich siekiery, widły i inne narzędzia mordu. Ze względu na coraz śmielsze ataki, rodzina pana Anatola nie mogła dłużej ryzykować. W okolicy robiło się coraz groźniej, ginęły kolejne rodziny. Przeciw Polakom stawali kolejni sąsiedzi. Nikt nie mógł tego zrozumieć, bo wśród nich byli ludzie, którzy z Polakami żyli w bardzo dobrych stosunkach. W pewnym momencie padła decyzja o ucieczce do Międzyrzecza, gdzie stacjonowali Niemcy. Po drodze spotkali starego Ukraińca, który kiedyś pasł zwierzęta z matką pana Anatola. Pożegnał ich wzrokiem do skrzyżowania.

- Po wojnie dowiedziałem się, że ten człowiek twierdził, iż naszym śladem ruszyła grupa, która chciała nas zabić, ale on powiedział, że nikt nie przechodził przez skrzyżowanie. Nie wiem ile w tym prawdy, ale jeśli tak było faktycznie, to ocalił nam życie - mówi nasz rozmówca.

Czytaj więcej...

Deszczowe chmury i ulewa zasłoniła uciekających

W lipcu 1943 r. pani Irena, jako 6-letnie dziecko, musiała wraz z całą rodziną opuścić Wołyń. Helena Miszkiewicz, mająca dzisiaj 95 lat, matka śp. Ireny, widzi zamysł Boży w ocaleniu ich rodziny, gdy musieli uciekać ze wsi Huta Stepańska przed zbliżającymi się bandami UPA. Gdy uciekali wtedy w pole z obrazem Matki Bożej, nie wiadomo skąd nadciągnęły deszczowe chmury i ulewa zasłoniła uciekających przed zbliżającymi się oddziałami ukraińskimi, które niszczyły wszystko co polskie: ludzi, zagrody, domy, dobytek. Rodzina została wywieziona do Niemiec i tam pracowała w różnych obozach pracy, jako przymusowi robotnicy aż do wyzwolenia przez Amerykanów w kwietniu 1945 r. W 1951 r. jako emigranci wyjechali do Ameryki, osiedlili się w Chicago, gdzie do dzisiaj mieszkają mama i trzy siostry Ireny: Jadwiga, Roma i Teresa.
Tułaczy los Polaków z Wołynia na zawsze pozbawił ich więzi z ziemią rodzinną. Ból rozstania z tym, co było dla nich najdroższe był tym większy, że nie mogli oni odwiedzać swych rodzinnych stron ze względu na zakaz władz komunistycznych ZSRR. Dopiero w 1991 r. władze Ukrainy zezwoliły na odnawianie polskich cmentarzy i zrujnowanych kościołów należących niegdyś do Polski.
Pani Irena jako przedstawicielka Koła Ziemi Wołyńskiej w Chicago nawiązała w tamtym czasie kontakt z innymi Polakami pochodzącymi z Wołynia, a mieszkającymi w Polsce. To przy jej wydatnej pomocy Wołyniacy z Chicago postawili pomnik na cmentarzu w Hucie Stepańskiej dla uczczenia pomordowanych tam Polaków. Najbardziej wzruszająca dla śp. pani Ireny podróż na Wołyń miała miejsce w 2001 r., kiedy Ukrainę odwiedzał Papież Jan Paweł II. Pani Irena zorganizowała wtedy pielgrzymkę Wołyniaków z Chicago. Najpierw pojechali do Lwowa, na spotkanie z Papieżem, a następnie wyruszyli w sentymentalną podróż do stron rodzinnych. Trasa wiodła przez Krzemieniec, Równe, Sarny, Kostopol, Stepań do Huty Stepańskiej. Wszyscy pragnęli jak najwięcej zaczerpnąć z tych miejsc swojego dzieciństwa, zbierając kwiaty, liście z drzew i poleskie zioła. Niektórzy pojechali, jak dawniej furmanką do pobliskiego lasu i do uzdrowiskowego ruczaju solankowych wód, gdzie było sanatorium lecznicze zwane „błotami”. Odwiedzili kamieniołomy w Janowej Dolinie, słynne unikalne bazalty, które wydobywano jedynie w dwóch miejscach na świecie: w Kaliforni i koło Kostopola na Wołyniu. „Kostopolszczyzna, to Kalifornia Wołynia, kraina uboga i zarazem słodka kraina przeszłości. Jej bazaltowe skarby spłukują wody obu potężnych rzek wołyńskich: Słuczy i Horynia, które toczą swe wody wśród czarownego krajobrazu: lasów, bagien, kamiennych brył granitu i bazaltu” - tak pisał o tamtych stronach Leonard Szutkowski, budowniczy i dyrektor Państwowych Kamieniołomów w Janowej Dolinie w 1939 r.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud14.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 521 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
10234972